pb.pl

Zbigniew Opach

Zbigniew Opach

Zbigniew Opach

Inwestor giełdowy. Właściciel Holdingu Mostostalu Zabrze. Jeden z wykonawców stadionu piłkarskiego Green Point otwartego na Mundial w RPA.

ROZBUDUJ SWÓJ PROFIL!

Ołner, czyli chłopak z Brzeskiej

2008-09-26

Kto uratował od plajty giełdowego giganta? Zbigniew Opach, biznesmen samouk. Przez wyczucie chwili. I żeglugę pod prąd.

— Zima. Do sekretariatu wpada Zbyszek. Jak zwykle, z rozwianym włosem, papierami pod ręką. W eleganckiej, śliwkowej jesionce z flauszu, którą z miejsca skomplementowałem. On na to: podoba ci się? Wyobraź sobie, kupiłem ci taki sam płaszcz. Zamurowało mnie… Nie z powodu tej jesionki, ale że o mnie pomyślał, tak po prostu, po ludzku — wspomina Leszek Juchniewicz, prezes Mostostalu Zabrze.

Zbigniew Opach, większościowy akcjonariusz tej firmy, to niekonwencjonalny człowiek i inwestor. Oryginalny, choć nie oryginał. Bo?

— Trudny szef, trudny rozmówca. W jego życiu liczą się jego racje, jego osąd rzeczy, jego pomysły, jego interpretacja rzeczywistości. Często nie przyjmuje i nie uznaje argumentów innych osób. Ma swą filozofię i ocenia otoczenie według swoich kryteriów. Trzeba nie lada cierpliwości, by przekonać Zbyszka do swojej racji — dodaje Juchniewicz.

No, ale czego oczekiwać po kimś, kto całe życie sam sobie był i sterem, i okrętem?

Praskie ścieżki
Ziomki z Pragi o nim nie słyszały. Może nie kumają? Bo kto po latach pamięta, z kim na Brzeskiej budował pierwszą procę i do czego strzelał… Nawet sam już nie wie. Ale coś w nim praskiego jednak pozostało, bo dzieciństwa się nie zapomina. Spryt może? Zbigniew Opach, gdy go o to zapytać, machnie ręką. Szczylem byłem, dorastałem na Żoliborzu — odpowie, byle już wątku praskiego nie ciągnąć, byle nie opowiadać o Szmulkach i Pelcowiznie i że marzył o tym, co dla innych było codziennością.

A zatem teraz inny, jaśniejszy wątek: żoliborski. I pierwsza pasja. Pierwsze pieniądze.

— Na Żoliborzu — gdzie mieszkam, odkąd przestałem nosić krótkie spodenki — przyjaciel miał zakład złotniczy. Jakże lubiłem godzinami podpatrywać to jego cyzelowanie, topienie i walcowanie złota. Precyzję, z jaką rodziła się biżuteria. Też tak chciałem! — opowiada Zbigniew Opach.

W Polsce Ludowej każdy, kto chciał w złocie robić, musiał wydać krocie, bo nauka kosztowała. A Opach kieszenie miał puste.

— Żeby uczyć się fachu w prywatnej pracowni złotniczej, trzeba było właścicielowi dać pod stołem 2-3 tys. dolarów. Taka nieoficjalna stawka… Polonez kosztował 1500 dolarów — wyjaśnia Opach.

Więc się fachu sam uczył. W pokoju urządził pracownię. Biurko wstawił — ze specjalnym fartuchem, do którego wlatują złote opiłki. Dłubał — wpierw w srebrze.

— Po dwóch latach potrafiłem już zrobić obrączkę, kolczyki czy łańcuszek. Dla znajomych, z ich srebra czy złota — wspomina Opach.

A gdy już liznął fachu, poszedł na pierwszy i jedyny w życiu etat — w Spółdzielni Pracy Zegarmistrzów, Złotników i Grawerów.

Złota rączka
W PRL, kto miał złoto, mógł mieć wszystko. To była wartość, zabezpieczenie bytu przed katastrofami, waluta. Polacy kupowali złoto taniej — choćby w Rosji, przetapiali na obrączki i wstawiali do komisów. Zysk był niemały — nawet 40-50 procent. Dlatego przez ręce Opacha przechodziło mnóstwo kruszcu. Codziennie.

— Spółdzielnia miała wiele punktów usługowych w Warszawie. Pracowaliśmy w trójkę przy Marszałkowskiej, potem na Nowym  Świecie. Ze złota klientów wykonywaliśmy to, czego sobie zażyczyli. Miesięcznie? Dało się zrobić 25-30 pierścionków i obrączek. Na każdej robocie zarabialiśmy 28 procent ceny — opowiada.

Po roku pracy kupił sobie nowy samochód. Nieźle jak na amatora.

— Kolejka do naszego punktu ustawiała się dłuższa niż za mięsem — sto-dwieście metrów. Tylko raz na trzy miesiące przyjmowaliśmy surowiec do przerobu. Inaczej byśmy się robotą zapchali — wspomina Opach.

Zarabiał niemało. Na miesiąc — 16-20 tys. zł. Potem coraz więcej. Po paru latach miał już 40 procent prowizji.

A jednak… Nachodziły go myśli podstępne: czemu by tak samemu czegoś nie otworzyć i zyski pomnożyć? No i powstał zakład jubilerski. Który to był rok? 1977-78?

— Wstrzeliłem się w dziesiątkę. Złoty był słaby, więc złoto — w cenie. Przez miesiąc można było zarobić na samochód — mówi Zbigniew Opach.

23 lata wyciskał "z koniunktury", ile się dało. Coś trzasnęło pod koniec 1997 roku.

W hurcie

16 kwietnia 1991 roku. Dzień pierwszej sesji giełdowej na GPW w Warszawie. Na parkiecie pięć spółek: Tonsil,  Próchnik,  Krosno,  Kable i Exbud. 112 zleceń kupna i sprzedaży. Pod koniec dnia obrót sięgnął 1990 zł. Czyli jakieś 2 tys. dolarów…

Przez jakieś dwa lata ludzie uczyli się giełdy, zarabiali lub tracili niewiele. Jak nasz bohater.

— Na giełdzie byłem od początku. Miałem Tonsil, Krosno, Kable. Po "złotych" godzinach uczyłem się parkietu — wspomina Opach.

Zrobił kurs na doradcę inwestycyjnego papierów wartościowych. W połowie 1993 roku wykresy wystrzeliły w górę. Opach zarobił na Śląskim, na WBK wziął spory lewar, by "oszukać" redukcję. Ale wciąż był złotnikiem, a "inwestorem" — na pół gwizdka, "w wolnych chwilach".

Przez otwarte granice zaczęła się wlewać fala kruszcu. Zarabiali już ci, co sprzedawali, a nie przetapiali. Złotników wypierały firmy eksport-import, mnożyły się sklepy jubilerskie (m.in. Apart). Mistrzowie złotnictwa — niczym szewcy czy kołodzieje — przeszli do skansenu. Albo…

— Zamiast kopać się z koniem, zamknąłem zakład — w 1998 roku — i zabrałem się za to, co dawało pieniądze — ucina tamten etap Opach.

Czyli za handel. Nasz bohater ze złotnika stał się hurtownikiem. Ściągał do Polski, co się dało i na czym był zysk. Czyli?

— Ubranka dla dzieci, artykuły szkolne, buty. Jeździliśmy z żoną na targi i wybieraliśmy: może to, może tamto. Jedne rzeczy szły na pniu, inne — nie, ale wtedy generalnie wszystko się sprzedawało — twierdzi Zbigniew Opach.

Podatków przez dwa lata płacić nie musiał (zwolnienia dla nowych firm). Interes kwitł, rosły sumy na koncie.

— Na Bielanach miałem hurtownię, duże magazyny, skład celny. Naraz sprowadzałem po kilka kontenerów, bo transport tańszy i marża większa — wspomina Opach.

Liczył te kontenery. Ale nie zapominał o giełdzie. Kiedy handel przestał być złotodajną żyłą, a więc po pięciu latach, Opach zamknął firmę. W samą porę. Na giełdzie zapowiadała się bowiem największa hossa w dziejach polskiego parkietu.

Nerwowo

Na pierwszej hossie w 1994 roku Zbigniew Opach zarobił kilka milionów. Na bessie — stracił kilkaset tysięcy. W sumie: z giełdy wyciągał już spore pieniądze. Ale największe miał dopiero zgarnąć.

— Ostrożność… Rozkładałem ryzyko. W portfelu miałem zazwyczaj akcje kilku, a niekiedy i kilkunastu spółek — wspomina.

Strategia? Jak większość — dywersyfikacja ryzyka, maksymalizacja zysku. Nie zawsze się udawało.

— W czasach internetowej hossy najwięcej można było zarobić na Prokomie, Softbanku i Computerlandzie. Podczas jednej sesji ich kursy drożały niekiedy i o kilkanaście procent. Kupowało się rano i — niekiedy — sprzedawało po południu lub nazajutrz rankiem, realizując zysk. Albo trzymało 2-3 dni i — po korekcie — zbywało akcje na górce. Potem znowu to samo… Sporo wówczas zarobiłem na informatycznych spółkach — potwierdza Opach.

Ot, kierat giełdowego gracza. Rutyna… Albo niebezpieczna gra na przewartościowanych papierach. Kurs Softbanku doszedł prawie do 500 zł, a  Prokomu — do 290 zł, gdy niespodziewanie pękła internetowa bańka. Spółki informatyczne zaczęły parzyć ręce.

— A ja miałem portfel wypchany głównie akcjami Softbanku kupionymi po wysokiej cenie (około 360 zł!). Do tego był jeszcze split na dwa, więc w sumie miałem dwa razy więcej akcji (po 180 zł każda), na które nie było chętnych. Cena pikowała równie szybko, jak wcześniej rosła. W końcu spadła do niewiele ponad 100 zł. Teoria mówi, że po spadku równym dwóch trzecich wcześniejszego wzrostu będzie odbicie, więc dokupiłem akcji za jakiś milion złotych. A kurs, zamiast wzrosnąć, obniżył się do 70-80 zł. Wtedy już byłem pewien, że to dołek — i znowu dokupiłem — wspomina Opach.

Wierzył w teorię, tyle że kurs wbrew niej nieubłaganie leciał w dół. Fundusze inwestycyjne pozbywały się akcji: Softbanku. Panika… Wszyscy spodziewali się upadłości Softbanku. Gdy cena sięgnęła dna (czyli 8,60 zł), Opach — uśredniając straty i wierząc w przyszłe wzrosty (w wygranie przetargu na unowocześnienie systemu ZORBA w PKO BP) — dokupił na jednej sesji półtora miliona akcji, mając tym samym ponad 5 procent udziałów w firmie. Potem jeszcze więcej!

— Zbyszek ma rzadką na rynku kapitałowym cechę: nie odpuszcza. Większość inwestorów — widząc, że inwestycja idzie średnio — "realizuje" zyski lub straty. A Opach "realizuje" tylko zyski — mówi Andrzej Tabor, prezes Erste Polska.

Opach był w tym czasie jego klientem. Ten klient zgromadził w sumie ponad 20 procent udziałów Softbanku, stając się jednym z jego największych akcjonariuszy.

Pod koniec 2002 roku gruchnęła wieść, że Aleksander Lesz dogadał się z Ryszardem Krauzem, który miał odkupić od niego na parkiecie pakiet kontrolny Softbanku. Po 12 zł za sztukę. Potem druga wiadomość: o zwycięskim dla Softbanku przetargu w  PKO BP, wartym 250 mln zł. Giełdowa firma zaczęła stawać na nogi, a kurs — szybować w górę. Gdy cena doszła do 60 zł, Opach — po dwóch latach "przygody" z akcjami spółki — rozstał się z nimi. Kilka milionów "papierów" sprzedał z ośmiokrotnym zyskiem. Od tego czasu chętnie przypomina przysłowie: co nas nie zabije, to nas wzmocni.

— Opach nic nie robi na hurra. Zanim w coś zainwestuje, skrupulatnie sprawdza fundamenty. Zimny, wyrachowany inwestor. On nie gra na giełdzie, nie spekuluje. On inwestuje — mówi Tabor.

Softbank to niejedyna spółka, na której Opach zdrowo zarobił. Sporo zyskał na papierach PKN i  KGHM, które — w przeciwieństwie do Softbanku — kupił w samym dołku bessy. I — tak jak w przypadku spółki informatycznej — cierpliwość wypłaciła milionową dywidendę.

— Bo cierpliwość to klucz do zysku. Jeżeli byłem pewien, że mam dobre papiery pod względem fundamentalnym, a spółka, w którą zainwestowałem, ma się dobrze, no, to czekałem cierpliwie na zakładane duże zyski. Nie przejmowałem się, że akcje chwilowo tracą, bo strata rzeczywista jest wtedy, gdy sprzeda się akcje ze stratą, nie wytrzymując presji spadkowych — mówi Opach.

Coś swojego

W 2002 roku — akurat, gdy kończyła się przygoda z Softbankiem — Opach zaczął mariaż z Mostostalem.

— Życie na giełdzie to skakanie z kwiatka na kwiatek. A ja chciałem coś tworzyć, budować… Coś swojego. Stąd wziął się plan, by nabyć tyle akcji, by być głównym udziałowcem jakiejś spółki i wpływać na jej rozwój. Padło na Mostostal, bo — w przeddzień wejścia Polski do Unii — najlepiej rokowały firmy budowlane. Podobnie było w Grecji, Portugalii i Hiszpanii: boom inwestycyjny, mnóstwo zamówień i zyski — ujawnia motywy Zbigniew Opach.

Poszedł va banque. Wszystko postawił na jedną spółkę. Część zarobionych na Softbanku pieniędzy zainwestował w akcje Mostostalu Zabrze, za resztę odkupił jego długi, ratując tym samym holding przed bankructwem (Opach uznawany jest za speca od obrotu wierzytelnościami). Nie przeczuwał jednak, że wpada z deszczu pod rynnę. Problemy pojawiły się z chwilą częściowego ukończenia biurowca Altus w centrum Katowic i niespodziewanego żądania  Kredyt Banku — spłaty 47 mln euro kredytu. W ciągu 7 dni. Sprawa ciągnie się w sądzie i prokuraturze do dzisiaj, a Opach kwituje ją po swojemu: wielki przekręt białych kołnierzyków.

Walka z bankami i wnioskami o upadłość spółki pokazały, że potrafi być ostrym graczem, który na sali sądowej wstanie niepytany i wypali sądowi, że ten robi hucpę… Tak było, gdy  Millennium Bank próbował przejąć PRInż, jedną z firm holdingu, należącą do największych przedsiębiorstw drogowych w kraju. Opach nie owija w bawełnę: Millennium chciało przejąć wartościową spółkę (400- -500 mln zł) za bezcen (16 mln zł wierzytelności). Dla niego dowodem był błyskawiczny wniosek o upadłość: już po trzech dniach od wezwania do zapłaty wierzytelności, podczas gdy upadłość Mostostalu ciągnęła się przez trzy lata.

Upór i pieniądze Opacha uratowały Mostostal i jego spółkę od upadłości. Bo, jak mawia, Mostostal to jego dziecko.

To nie koniec giełdowej historii inwestora. Ciąg dalszy znajdziesz w dodatku Business Class w piątkowym "Pulsie Biznesu" (dostępny w e-wydaniu).

Jacek Konikowski

Sekcje

Oferty Pulsu Biznesu