pb.pl

Zbigniew Drzymała

Zbigniew Drzymała

Zbigniew Drzymała

Właściciel firmy Inter Groclin Auto S.A..

ROZBUDUJ SWÓJ PROFIL!

Walczak jeszcze się nie skończył

2011-03-28

Nie dał się zepchnąć pod wóz, ale jazda bez trzymanki była. Zbigniew Drzymała, już bez piłkarskiego klubu, wraca do biznesowej ekstraklasy. Przekonuje, że Groclin najgorsze ma za sobą.

Na początek prezes częstuje nie kawą, a ripostą. Siedzi przy biurku w gabinecie na piętrze, uśmiecha się pod nosem, z głośników dyskotekowo pogrywa chyba Zetka. Znamy się mało, a od czegoś by tu rozmowę trzeba zacząć. Rozgrzać mózgi i języki.

 

— Rozumiem, że wywiad będzie niekoniecznie sztywny, biznesowy. I że zdjęcia będą luźniejsze, dlatego tak się ubrałem — tłumaczy Zbigniew Drzymała, któremu spod białego sweterka widać biało-czarne pasy koszuli.

— Słusznie, no ja się trochę wygłupiłem — odpowiadam, pokazując na marynarkę.

— Nie no, niech pan nie przesadza. Pan i pana koledzy z branży jesteście z tego znani, taki wasz styl... — ironizuje gospodarz.

No dobra. 1-0 w plecy, czas zmienić temat. Ale nie…

— A plecak pan ma? — prezes ponawia akcję zaczepną.

— Nie.

— A mógłby pan mieć! — kwituje.

Ot, stary dobry Zbigniew Drzymała. Ten sam, który niemal osiem lat temu nie za bardzo chciał rozmawiać z dziennikarzami "Pulsu Biznesu". Fatygowali się do niego przez pół Polski. Byli umówieni, ale prezes dopiero po dłuższej chwili dał się namówić na wywiad, bo nie znał wcześniej pytań. Zdjęcia? Nie ma mowy.

Od ostatniego razu zmienił się na pewno o tyle, że chętnie sobie fotki zrobi, bo denerwują go te, z których korzysta "PB". Ale nie zobaczysz i nie usłyszysz skruszonego czy zakłopotanego Zbigniewa Drzymały. Co z tego, że ostatnie lata minęły mu pod znakiem potężnego kryzysu. To nawet dobrze, bo tak hartuje się stal. A Drzymała po przodkach we krwi ma walkę. A walczaki nie płaczą.

Zgubiony majątek

Cisza, spokój, hula wiatr. Od kilku lat po części Grodziska Wielkopolskiego zwanej "Drzymałowem" jakoś rzadziej wałęsają się tłumy przyjezdnych, dziennikarze czy plejady biznesmenów większego i mniejszego kalibru. Parafrazując poznański kabaret Tey, można by napisać, że "autentyczna chluba i duma miasta", magnes na ludzi maści wszelakiej jakby nieco stracił moc. Inter Groclin Auto (IGA) to od frontu zadbany budynek biurowy na uboczu Grodziska. Z tyłu są hale produkcyjne, wykorzystywane tylko częściowo. W ostatnich latach spółka zwolniła ponad połowę z pięciotysięcznej załogi. Silny złoty zabijał konkurencyjność Groclinu, spółka pożegnała się z lukratywnym kontraktem z Volvo. Cena akcji leciała na łeb na szyję. Wtedy dla części giełdowych graczy i analityków Zbigniew Drzymała się skończył. A dokładniej — skurczył się jakieś dziesięć razy z okładem.

— Swego czasu maksymalna wycena spółki była w okolicach 800 mln zł. W chwili największego dołka na giełdzie było to nieco ponad 70 mln zł — przyznaje Zbigniew Drzymała.

Nic więc dziwnego, że do firmy, która niegdyś ocierała się o WIG20, by wpaść w otchłań giełdowych średniaków, dziennikarze dzwonili jakby rzadziej. A jeśli już, to głowę zawracali głównie ci sportowi, podpytać, co prezes sądzi o wyczynach Groclinu pod nowym szyldem Polonii Warszawa. Ale prezes już się nie przejmuje. Wie, że kołowrotek zaczyna się na nowo. Bo pokazuje rynkowi co rusz nowe kontrakty, lepsze wyniki, rosnącą cenę akcji. Fundusze wietrzą okazję, zapraszają na spotkania. "Pędzi wóz Drzymały" — głosi ostatni numer "Forbesa". Prezes dokładnie przewertował tamtejszą listę stu najbogatszych Polaków. Wnioski? Wadliwa arytmetyka powoduje, że go na niej nie ma. Bo on spore pakiety akcji Groclinu sprzedawał na dużej górce. Za grube miliony.

— Takie publikacje oznaczają, że zgubiłem bardzo dużą część swojego majątku. A ja go nie zgubiłem — przekonuje.

Kilkaset milionów złotych trzyma poza giełdą. Ma kilka mniej lub bardziej okazałych domów. Do tego sporo na kontach. Główny majątek to przede wszystkim kilkaset hektarów pociętych na działki w dobrych lokalizacjach w Poznaniu. Ziemia, kupiona przed deweloperską hossą, kusi. Drzymała na serio myśli o wejściu w deweloperkę. Jako budowlaniec z wykształcenia, zamiłowania i dawnej praktyki wie, jak to się robi.

I chyba w duchu wierzy, że już niedługo znów się pojawi na listach krezusów. Nie dlatego, że zmieni się algorytm, ale dlatego, że Groclin urośnie w siłę.

Kumulacja chciejstwa

Drzymała przyznaje, że próbowano go powalić na deski. Ale przecież historia nie raz pokazała, że z Drzymałami nokaut nie wchodzi w grę. Dlatego milioner staje mocno na nogi.

— Przeżył swoje, ale się nie poddał. Jest jeszcze twardszy — twierdzi Monika Drzymała, córka biznesmena, zarządzająca Hotelem Groclin, umiejscowionym przy stadionie piłkarskim.

Główny zainteresowany, który lata temu w wywiadach prasowych przekonywał, że ma wyczucie trendów na rynku i przewidywał załamanie polskiej gospodarki, teraz przyznaje, że może nie jest taki wszechwiedzący.

— Jasne, mógłbym wzorem analityków mądrzyć się i udawać, że moje jest na wierzchu. Ale to, co się wydarzyło na świecie, nauczyło mnie nieco pokory. Nie, nie przewidziałem światowego kryzysu — mówi znów z nutką ironii.

Grunt pod nogami w Groclinie zaczął się palić jakieś 6-7 lat temu. Kumulacja, niczym w lotku, zaczęła się gromadzić, by wystrzelić w najgorszym momencie. Zbigniew Drzymała przewidział, że przy tak rosnących kosztach pracy w Polsce fiskalizm, prędzej czy później, podmyje podwaliny sukcesu rodzinnego biznesu. Zaczął przenosić produkcję na Ukrainę. A tam, jak to na Ukrainie, życie pełne niespodzianek. Wielkopolski potentat nie zdążył z całą akcją. W tarapaty popadło równocześnie Volvo, dające niegdyś połowę przychodów Groclinu.

— To, co się działo w Polsce w zeszłych latach, przed kryzysem, to było zwykłe chciejstwo. Banki otworzyły się i zaoferowały pełno pozornego bogactwa. Wymagania płacowe i złotówka rosły w oderwaniu od tempa PKB, nie sprzęgały się z mocą polskiej gospodarki — uważa prezes Groclinu.

Do tego doszła poważna choroba grodziskiego biznesmena. Kumulacja osiągnęła apogeum.

Urokiem osobistym

Lont tykającej w Grodzisku bomby podpaliły polskie oddziały zagranicznych banków, które — ratując finanse zagranicznych właścicieli — zacisnęły pasa. I złożyły ofertę nie do odrzucenia. Szybka spłata dużej części pożyczek albo koniec z kredytami obrotowymi.

— Płaciłem raty kredytu w terminie, ale nagle okazało się, że w trybie pilnym musiałem oddać bankom duże sumy. Taki agresywny scenariusz działania mógł być szybką drogą do bankructwa — ocenia Zbigniew Drzymała.

A więc sytuacja podbramkowa. Wtedy to najstarszy stażem prezes spółki giełdowej (ponad 30 lat!), członek najbardziej prestiżowych w Polsce organizacji biznesowych (BCC, Polska Rada Biznesu), sięgnął po jedną z ostatnich desek ratunku. Nie, to nie żart — postawił na urok osobisty. Bo ci, co Zbigniewa Drzymałę znają od lat, twierdzą, że przyjaciół umie zjednywać. W czasie spotkania z Mateuszem Morawieckim, prezesem BZ WBK, zmiękczył stanowisko banku o tyle, że nowe warunki ugody były akceptowalne. Groclin wydostał się z uścisku.

— Przy czym dobrze sobie zapamiętałem, kto i jak się zachował — zaznacza Drzymała.

Godzinami mógłby opowiadać o drobnych podszczypywaniach ze strony części niedawnych dobroczyńców. Jak to Groclin musiał kwartalne biznesplany weryfikować u najdroższych audytorów na rynku. Albo jak przewalutowano firmie kredyt po mocno niekorzystnym kursie. I jak to przekonał się, że słowa liberałów o tym, że kapitał nie ma narodowości, to dyrdymały.

— Znalazł się jeden bank, który na twardych warunkach — ale jednak — zgodził się wziąć całość zobowiązań na siebie, w razie fiaska rozmów z innymi bankami. To był polski PKO BP. Zawsze byłem trochę nacjonalistyczny w patrzeniu na biznes i uważam także dziś, że trzeba chronić polski bank, bo aż tak liberalnie to na rynku nie jest, każdy broni swego — wykłada prezes.

Nowe życie konsula

W ciężkim czasie pojawiali się kontrahenci gotowi przejąć firmę. Ceny, jakie proponowali za Groclin, przywodziły prezesowi na myśli hieny przebrane w zbroje białych rycerzy. Drzymała nie dał się zepchnąć pod wóz. Sam spłacił wszystko, kosztem potężnych cięć, zmniejszenia skali działalności firmy, rezygnacji z budowy drugiej nogi koncernu. Groclin szybko sprzedał działający w branży chemicznej Altax, wcześniej w kilkanaście miesięcy podwajając jego przychody i zdobywając dotację na nowy zakład produkcyjny.

— Lata 2008-09 to był wielki stres. No i błędy przy decyzjach kredytowych, polegające na tym, że zapatrzyliśmy się na marże — przyznaje biznesmen.

Punkt krytyczny — jak tu powiedzieć trzem tysiącom ludzi mieszkających w okolicy, z których wielu zna się od dziesiątków lat, że nie ma dla nich pracy w Groclinie?

Drzymała znalazł sposób na życiowy impas. Czy dobry? To się okaże. Najważniejsze, że zwalczył chorobę. Potem ruszyła lawina zmian w życiu prywatnym. W efekcie z okolic Grodziska przeprowadził się do imponującej, stylowej willi w podpoznańskim Skórzewie. W zeszłym roku stuknęło mu 60 lat, ale nie rozpacza. Pofatygował się po legitymację seniora i podróż pociągiem do Warszawy kosztuje go o połowę mniej. Ot, Wielkopolska racjonalność. Na nowym, szybkim Audi Q7 nakleił znaczek "CC". To znak, że w portfelu ma też inną legitymację. Jest konsulem honorowym Ukrainy, prowadzi konsulat w Zielonej Górze i umacnia więzi z ukraińskimi decydentami. Sztukę zbiera na potęgę. Lubi płótna malowane ku pokrzepieniu serc, takie jak te spod pędzla Józefa Brandta i innych gwiazd szkoły monachijskiej. Zaczytuje się w książkach historycznych, ostatnio śledzi dzieje bohaterskiego kapitana Raginisa. A pracownicy? Zwolnił ich, ale przekonuje, że wie, co zrobić, by hale nie stały długo puste. Nawet jak całość produkcji pójdzie na Ukrainę. Będą usługi.

Kocha, nie kocha

Pracy w Grodzisku Wielkopolskim nie ma też dla piłkarzy. O ile wraz z renesansem Groclinu zapewne zwiększy się zatrudnienie w produkcji, to klub sportowy jest już przeszłością, do której nie ma powrotu. Prezes z pamięci wymienia jednym tchem kilkudziesięciu piłkarzy, którzy przewinęli się przez jego klub. Dwa razy wicemistrzostwo Polski, dwa Puchary Polski, Manchester City na kolanach, zimny "Grodzisz" w lodówce dla VIP-ów... Sprzedaż klubu Józefowi Wojciechowskiemu w połowie 2008 r. to już nie kwestia nacisków bankowców, lecz końca pewnej miłości. Mówiąc o niej, prezes cedzi słowa, jakby nieco odpływa w czasy, gdy na trybunie w zielonej czapeczce cieszył się z goli Rasiaka i Mili.

— To nie była zwykła transakcja. To było wielkie przemodelowanie w świecie moich emocji — mówi wreszcie.

Tłumaczy, że musiał się odkochać, bo musiałby podjąć wyzwanie kilku nowych wielkich stadionów, podbijających budżety czołowych klubów. W Grodzisku nikt wielkiej areny nie wybuduje, więc prezes albo chodziłby sfrustrowany (niską pozycją w lidze), albo wydawał bajońskie sumy (sukces kosztuje więcej, gdy nie da się zarobić na biletach).

— Do tego doszedł Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia, który przekonywał mnie, że możemy znaleźć nowy dom na wrocławskim stadionie. Jak wiadomo, nic z tego nie wyszło. Zawiodłem się — kwituje piłkarski romans Zbigniew Drzymała.

Teraz grodziski kompleks piłkarski to nie miłość, lecz biznes. Będzie bazą dla polskich piłkarzy podczas najbliższego EURO. Zostanie rozbudowany, tyle że już nie z kieszeni Zbigniewa Drzymały. Rolę głównego akcjonariusza i inwestora miałyby przejąć instytucje finansowane przez zarząd województwa wielkopolskiego. A piłkę będzie kochał zawsze. Gdy spotykamy się w warszawskiej Victorii (Drzymała pomieszkuje tu od 30 lat!), zwierza się:

— Żałuję, że umówiliśmy się na środowy wieczór. Akurat Puchar Polski jest, Podbeskidzie gra z Wisłą. Obejrzałoby się.

Chałupy welcome to

Jeszcze jedno spojrzenie na biurko prezesa w Grodzisku. Zawalone aktualnymi gazetami, na krawędzi blatu dwa stare kalendarze z piłkarzami Groclinu. Laptopa nie ma. Nie używa, liczyć umie w głowie. Komórka? Szok — jakaś stara Nokia.

— No nie, no niech pan ze mnie nie robi zacofanego technologicznie faceta, iPhone’a mam, tylko go uszkodziłem — tłumaczy.

Po ostatnich pracowitych kilkudziesięciu miesiącach wydaje się, że teraz znajdzie nieco więcej czasu na wypady pozabiznesowe. Oczywiście, telefon będzie dzwonił jak najęty. Bo współpracownicy prezesa twierdzą, że on jest poza firmą tylko wtedy, gdy śpi.

— Ulubionych miejsc mam kilka. Zaskoczę pana. To nie żadne kurorty dla bogaczy. Jeśli narty, to na przykład Ischgl, ale Zakopane jest lepsze. Może nie pod kątem tras, ale atmosfery — przekonuje biznesmen.

Latem surfing. Rodos? Brazylia? Pudło.

— Zatoka Pucka. Jak jest 7-8 stopni Beauforta, to na Zatoce praktycznie nie ma fali. A jaka jazda! Ostatnio sobie żebra pokiereszowałem. Ale przez ostatnie 40 lat przybrałem ledwie 5 kilogramów — cieszy się Zbigniew Drzymała.

No i tenis. Tu walczy o każdą piłkę, gra agresywnie, z adrenaliną. Prowokuje przeciwnika do ostrej walki.

— Tak, bardzo ją sobie cenię. Zawsze mnie motywuje. Walka.

 

Karol Jedliński

Sekcje

Oferty Pulsu Biznesu