pb.pl

Sylwester Cacek

Sylwester Cacek

Sylwester Cacek

Twórca i właściciel grupy kapitałowej Dominet S.A. Obecnie Udziałowiec spółki Sfinks Polska. Właściciel klubu Widzewa Łódź.

ROZBUDUJ SWÓJ PROFIL!

Sylwestra Cacka ścieżka kariery

2009-10-28

Małe, nieco senne miasteczko nieopodal Genewy. Tak niewielkie, że każdy zna każdego. Więc Cacków też już znają. Od niedawna.

— Sylwester większość czasu mieszka w Szwajcarii. Pewnego dnia postanowił kupić samochód. Nawet Szwajcarzy odczuwają wówczas choćby minimalny poziom ekscytacji. Oglądają nowy model, jeżdżą na próbę, umawiają się na inne spotkanie. Tymczasem Sylwester wskazał konkretne auto — taki sam model lexusa, jakim jeździł w Polsce; wyciągnął kartę kredytową, zapłacił i wyszedł — opowiada Jacek Chwedoruk, znajomy Sylwestra Cacka z czasów Dominet Banku.

Po kilku dniach wszyscy już mówili o ekscentryku z Polski, który lexusa kupuje jak gazetę. I pewnie długo będą mówić. Bo go nie znają. I dobrze, bo gdyby poznali, to by nie uwierzyli. Bo jak opowiedzieć Szwajcarowi historię harcerza, który został nim przypadkowo, potem kupił bank, ale zamienił go na stadion?


Zuch od blach

Do tego, by żyć zwyczajnie, trzeba mieć wiele odwagi — mawiał Søren Kierkegaard. Mądre. Ale Sylwester Cacek wiedział o tym, nie czytając duńskiego filozofa. Licealistom z Piaseczna tłukł do głowy na zbiórkach w harcówce, że wygrywa ten, kto ma odwagę. A harcerz to mały żołnierz. Musi być uparty, pracowity i silny. I ma na każdym obozie zdobywać nowe sprawności. Tyle teorii. Bo pierwsze sprawności sam Cacek zdobył dopiero po kilku latach.
W piątej klasie podstawówki został zuchem. Ledwo nauczył się wiązać chustę, a po kilku miesiącach wyleciał z drużyny. Za dowcip (niepoprawny politycznie).

— Staliśmy przed szkołą w trzech kolegów, czekając na zbiórkę. Miał nas odwiedzić oficer Ludowego Wojska Polskiego, by opowiedzieć, jak to w wojsku ciężko, za to — patriotycznie. Stoimy, czekamy, nudzimy się... Nagle idzie facet w mundurze, a na piersi medale od pagonu po brzucho, wszystko dynda i dzwoni. No i zaczęliśmy żartować, że niesie kupę żelastwa. A to szedł właśnie nasz gość. Afera na całego! Wyrzucili nas z drużyny — wspomina Sylwester Cacek.

Od tej pory zamiast do harcówki chadzał na stadion, wpierw w Górze Kalwarii, potem — już w liceum — w Piasecznie i kopał futbolówkę. W juniorach. Od święta wybierali się całą paczką do Warszawy na mecze CWKS Legia.

— Wtedy jeszcze trolejbusy nie jeździły do Warszawy, więc i dostać się z Piaseczna nie było łatwo. Ale mecze pamiętam. Zwłaszcza z Górnikiem Zabrze. Ech, stare czasy! — wzdycha.

Harcerstwo powróciło znienacka. Cacek był już w III klasie liceum. Przypadkowa rozmowa z kumplami o harcerstwie.

— Ktoś tam akurat został instruktorem, więc wszyscy zazdrościli, a ja wypaliłem, że to żadna sztuka. Od słowa do słowa: przybiłem z kumplami zakład, że w rok też zostanę instruktorem — opowiada Cacek.

Wygrał. Przed maturą zdobył pierwszy stopień instruktorski. Potem… Jako 23-latek, dostał stopień harcmistrza. On i druhna Dorota. Oboje długi czas byli najmłodszymi harcmistrzami w Chorągwi Warszawskiej. A po kilku latach małżeństwem. I znowu jakby przez przypadek i harcerstwo.

— W centrum Piaseczna mieliśmy siedzibę komendy hufca. Była tam duża sala, w której klasa mojej przyszłej małżonki miała akurat bal maturalny. W tym samym czasie i miejscu umówiłem się z kolegą, który jednak nie przyszedł. Siedziałem godzinę na ławeczce i patrzyłem, jak starsi balują. I wtedy poznałem Dorotę — tak pamięta to Sylwester Cacek.

Zaiskrzyło. Krótki czas Cacek pracował jako nauczyciel w podstawówce. Pan od ZPT. Ona — pani od angielskiego w liceum. Potem oboje poświęcili się harcerstwu. Sylwester etatowo. Sześć lat był komendantem Hufca Piaseczno (prawie 1300 harcerzy i ponad 100 instruktorów), a Dorota — jednym z zastępców komendanta.

— Co roku na obozy letnie, zimowe, do tego zagraniczne, wyjeżdżało ponad 800 harcerzy. Prowadzenie hufca wymagało przygotowania planów działania, preliminarzy, poszukiwań pieniędzy... Zarządzałem ludźmi, którzy pracowali bez wynagrodzenia, co wymagało metod rozliczania i motywowania — wspomina Sylwester Cacek.

Po chwili zastanowienia dodaje:

— Tak, harcerstwo w tamtych czasach było dla nas szkołą biznesu.

Biznesu, którego szary obywatel nie robił, bo zielone światło ministra Wilczka dopiero miało
zabłysnąć. Łóżkowy kapitalizm: to wtedy była dopiero — raczej mało spodziewana — przyszłość. Jak runięcie berlińskiego muru. Choć w telewizji pokazała się już pierwsza reklama (prusakolepu).

40 traktorów

Cacek: w biznesie trzeba mieć farta, a to: odpowiednia decyzja w odpowiednim momencie. Że wiedza — owszem, owszem, ale szczęście — przede wszystkim. I odwaga w trudnych decyzjach. Czy jedną z nich było odejście z harcerstwa?

— Może nie tak odważna, co nieunikniona. Założyliśmy z Dorotą rodzinę, wchodziliśmy w dorosłe życie, poza tym wokół nas zachodziło wiele przemian — twierdzi Cacek.

Cztery lata po ślubie i dwa po narodzinach syna Cacek wyjechał z Góry Kalwarii w świat — do RFN. Wytrzymał kwartał.

— Prawdę mówiąc, planowałem być nawet krócej, bo na chleb nam nie brakowało.

Wyjechałem z ciekawości. Jak się żyje w obcym kraju, jak się mieszka, a przy okazji — zarobić parę groszy — opowiada.

Zarabiał na budowie pod Dortmundem.

— To był inny świat, inna mentalność, organizacja pracy. Byłem zaskoczony! Po prostu — sumuje.

Do tego stopnia zaskoczony, że po dwóch miesiącach, z najbliższej poczty wysłał do Polski list z wypowiedzeniem z pracy... by skończyć z przeszłością, wrócić do kraju i zacząć wszystko od nowa, bez etatów, bez gnuśnienia od ósmej do szesnastej. Odważnie…

— A tak, odważnie — przyznaje bez przesadnej skromności Cacek.

Tym bardziej, że na noszeniu worków z cementem i podawaniu cegieł fortuny nie zrobił. 800 dolarów. Równowartość kilku pensji. Za dużo, by przejeść, za mało, by myśleć o dużym biznesie. Ale o małym? Czemu nie.

— Nie było jeszcze ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, więc by zacząć biznes, nie wystarczyło chcieć i mieć pomysł, trzeba było robić kursy, zdawać egzaminy, mieć papier. Jeździłem do Warszawy na Podwale, by zaliczać kursy. I w końcu, by zdobyć upragnione zezwolenie handlowe — wspomina biznesowe początki Sylwester Cacek. Zanim jednak otworzył własny biznes — czeladnikował.

— Moi rodzice w tym czasie prowadzili sklep z odzieżą, w którym Sylwester praktykował. To była jego pierwsza przygoda z biznesem. Stał za ladą i sprzedawał — wspomina Dorota Cacek.

— Dorota też wychowała się za ladą — dopowiada mąż.

Pierwszy własny biznes?

— Sklep z zabawkami w Górze Kalwarii. Do dziś pamiętam, jak pewnego razu zapakowałem do malucha 40 traktorów. Rekord! — rzuca Cacek z rozrzewnieniem.

Czemu akurat zabawki?

— Zrobiliśmy z Dorotą „spacerowe badanie marketingowe” po Górze Kalwarii i doszliśmy do wniosku, że nie ma u nas takiego sklepu. Więc otworzyliśmy. Duży — jak na owe czasy — 80-metrowy — odpowiada biznesmen.

Wtedy jeszcze na działce u rodziców Sylwestra, przy głównej ulicy w mieście. W budowie i wyposażeniu pomagała cała rodzina. Każdy albo murował, albo malował, albo wyposażał.

— Pamiętam ostatnie przygotowania. Jest przesąd, że by handel szedł jak się patrzy, sklep trzeba otworzyć w środę lub w sobotę. Padło na środę. Cały wtorek, całą noc pracowaliśmy, by zdążyć na rano — mówi Mariola Krawiec-Rzeszotek, siostra Sylwestra Cacka, później wiceprezes Dominet Banku.

Po kilku tygodniach szczęście w nieszczęściu. Do sklepu zajrzała Polka z Włoch.

— Przebierała, wybierała... I kupiła prezentów dla rodziny prawie za 100 dolarów. To była astronomiczna suma. Wykupiła niemalże pół sklepu. Cieszyliśmy się, jak diabli, ale stanęliśmy wobec problemu, skąd teraz weźmiemy towar na święta? — wspomina Cacek.

Dorota Cacek uczyła w szkole języka angielskiego. I udzielała korepetycji. Ku zgryzocie męża, bo zarabiała większe pieniądze.

— Godzinna lekcja kosztowała fortunę, dolara. Średnia pensja wynosiła 10 dolarów. Dorota zarabiała tyle w dwa dni — przypomina sobie i innym Sylwester.

Handlowali zabawkami, ciuchami, czym się dało, nawet podręcznikami szkolnymi. Z czasem przeszli na RTV. Na rynku pojawiły się pierwsze zachodnie odbiorniki montowane w Polsce.

— Kupno telewizora było wtedy tym, czym zakup używanego samochodu dzisiaj. Całe rodziny przychodziły do sklepu — dopowiada.

Gdy miały pieniądze. Cacek szybko zorientował się, że sprzedałby mnóstwo, gdyby ludzie mieli za co kupować.

— Sprzedawaliśmy na trzy raty. Na własne ryzyko. Wtedy banki nie były skore do dawania na kreskę. Jak się chciało dużo sprzedawać, trzeba było coś wymyślić. Obcym nie sprzedawaliśmy, a miejscowych — znaliśmy, więc im ufaliśmy. Nie było wpadek — mówi Cacek.
Interes kwitł. Jeden sklep, potem drugi w Piasecznie, trzeci — w Grójcu, i czwarty. W końcu mała sieć. Już Dominet. Nietypowa, bo franczyzowa. Wtedy — nowość. Kredytowali sprzęt RTV. Krótko.

— Nazwę Dominet wymyśliła Dorota. To skrót od dominating network — tłumaczy Cacek.

W ogłoszeniach prasowych zachęcali: 20 tys. złotych i własny sklep.

— Szczęki nas bolały, bo chętnych były tłumy, a każdemu trzeba było powiedzieć, jakie warunki, koszty... Człowiek pod koniec dnia był wykończony — snuje wspomnienia Mariola Krawiec-Rzeszotek, która w Dominecie przepracowała 15 lat.

Sieć rosła jak na drożdżach. W 1992 roku Cacek znalazł lukę na rynku. Nikt nie udzielał kredytów na zakup używanych samochodów. Szybko dogadał się z kilkoma bankami i zaczął, jako pierwszy w Polsce, kredytować ich zakup. O sieci Dominet zaczęło być głośno. Już nie handlowej, ale pośrednictwa kredytowego. Działały już podobne firmy: Lukas i Żagiel. Wstrzelili się. Na kredyty samochodowe z Dominetu znalazły się rzesze chętnych.
Był rok 1997. Cacek coraz częściej spotykał zatroskanych prezesów banków, którzy na pytanie o pieniądze bezradnie rozkładali ręce.

— Bywało, że w trzy miesiące potrafiliśmy wykorzystać roczny limit banku. W pewnym momencie Dominet miał 40 proc. udziałów w udzielaniu kredytów samochodowych przez PKO BP. Poczułem, że doszliśmy do bariery, której nie dało się przeskoczyć — wspomina.
Dwie dekady od otwarcia sklepiku w Górze Kalwarii zaczęła kiełkować myśl... sprzedać Dominet bankowi — jak to się stało z Żaglem, nabytym przez Kredyt Bank — albo pójść śladami Lukas Banku. Czyli kupić bank! Mały. Powiedzmy — Cuprum Bank z Lubina, obsługujący KGHM. Był wystawiony na sprzedaż.

— Sylwester miewa wiele pomysłów. Czasem, gdy się je słyszy, człowiek pyta samego siebie, o czym ten człowiek mówi? Tak pierwotnie odebrałam właśnie pomysł zakupu banku — wspomina Mariola Krawiec-Rzeszotek.

Ale Cacek kuł żelazo. Bez wahania odrzucił ofertę kupna Dominetu. Był tylko jeden problem
— znaleźć inwestora, który podzieli jego ekscytację. Rozesłał oferty do kilku zagranicznych funduszy inwestycyjnych. I czekał.


Meryle w banku

Najszybciej odpowiedział fundusz private equity Merrill Lynch. Rozmowy? Szybkie i burzliwe. W maju — pierwsze spotkanie z „Merylami”. We wrześniu, dwa tygodnie przed atakiem na WTC, decyzja: wchodzimy w Dominet. To najszybciej podjęta decyzja w historii funduszu private equity Merrill Lynch. Cacka do dzisiaj pamiętają w Nowym Jorku. Nie tylko jako dynamicznego biznesmena…

— Z kolegami z Nowego Jorku często pracowaliśmy przez telefon. W pierwszym roku współpracy te rozmowy bywały żywiołowe i głośne, bo różniliśmy się czasami w poglądach na wiele spraw. Jeden z naszych współpracowników z ML, gdy zaczynał z nami rozmawiać, musiał zamykać drzwi do gabinetu, by nie przeszkadzać kolegom w pracy. To był czas, gdy uczyliśmy się siebie nawzajem i szanowania swoich poglądów — wspomina Dorota Cacek.


Gdy później Cackowie byli w Nowym Jorku, odwiedzili dawnego wspólnika z ML. Fajnie powspominać.

— George wyznał, że przed rozmową z nami ostrzegał wszystkich, że zaraz będzie rozmawiać z Sylwestrem. Wszyscy wiedzieli już, o co chodzi — relacjonuje Dorota Cacek.

Bo taki już jest Sylwester Cacek.

— Impulsywny, a gdy wie, że ma rację, potrafi bronić pomysłów do upadłego. No, chyba że ktoś go przekona — żona dodaje jednak bezpiecznik.

W Dominet Banku Sylwester Cacek był prezesem rady nadzorczej, a Dorota Cacek — wiceprezesem i członkiem zarządu odpowiedzialnym m.in. za sieć banku. Ale współpracowali z Merrill Lynch w tandemie.

— Sylwester właściwie nie mówi po angielsku tak biegle, by brać udział w szybkich rozmowach biznesowych. Dorota, jak wiadomo, jest po anglistyce. Typowy schemat rozmowy z ludźmi z Merrill Lynch — wszystko tłumaczyła Dorota. Na początku rozmowy — w miarę wiernie, ale od pewnego momentu zaczynał się rozziew między tym, co Sylwester mówił, a tym, co ona przekładała, bo Sylwester lubił się nie zgadzać i niezwykle żywiołowo wrzucał luźne komentarze. A tych Dorota albo nie mogła, albo wręcz nie chciała tłumaczyć. Nie wypadało... Pod koniec Dorota przejmowała inicjatywę, w pewnym momencie przeganiała męża ruchem ręki, by już nie dogadywał i nie przeszkadzał, po czym już bardziej dyplomatycznie broniła linii męża. I osiągała kompromis do strawienia przez obie strony! Taki był tryb pracy przy większości spotkań biznesowych z Merrill Lynch — mówi Jacek Chwedoruk z Rothschild Polska (współpracował z Cackami przy sprzedaży Dominet Banku).

Nietypowego banku. Raczej domu handlowego, oferującego kredyty. Pewnie dlatego że Sylwester Cacek nie był bankowcem z krwi i kości, lecz zawołanym dilerem, traderem, sprzedawcą. Ale był nietypowy pod jeszcze jednym względem. Otóż konikiem Cacka były procesy (bynajmniej nie sądowe). Lubował się w ich opisywaniu. Można powiedzieć, że było to jego hobby związane z zarządzaniem bankiem.

— Mimo braku wykształcenia bankowego lubował się w opisywaniu wszelkiego rodzaju pracy, począwszy od księgowego, skończywszy na sprzedawcy czy kasjerze. Opisywał każdy proces, każdą procedurę niezwykle drobiazgowo. Po przeczytaniu takiego opisu nawet małpa byłaby w stanie pracować w banku, a już na pewno grupa osób niemających pojęcia o bankowości, a jedynie przestrzegających wzorca sporządzonego przez Sylwestra
— opowiada Chwedoruk.

Jak to się ma do natury handlowca? Nijak, ale co, gdy handlowiec ma złożoną naturę?

— Takie opisywanie świata na pierwszy rzut oka kłóciło się z jego handlowym podejściem. Ludzie, którzy znali go powierzchownie, mogli pomyśleć, że Sylwester żartuje z tymi procesami. A to było jak hobby — dodaje Chwedoruk.

Chwileczkę, zarządzanie oparte na procesach jest typowe dla wielu korporacji!

— Owszem, ale Dominet Bank nie był wielką korporacją, a Sylwester zachowywał się, jakby był prezesem takiej korporacji, co trochę kontrastowało z korzeniami banku i jego przedsiębiorczym charakterem — wyjaśnia Chwedoruk.

Po kilku latach Cacek sprzedał Dominet Bank. Musiał. Tego chciał udziałowiec, Merrill Lynch. Ciekawostka, gdyby Cacek nie przeciągał negocjacji z Fortis Bankiem, fundusz zarobiłby o wiele mniej, niż zamierzał.

Cacek znowu zainwestował. W stadion. Przypadek? W życiu Cacka? On sam mówi wprost, że czasem coś się robi dla przyjemności, nie tylko dla biznesu. Brzmi to nieco sztucznie? Ale tu — prawdziwie.

— Sylwester od zawsze marzył o własnym pierwszoligowym klubie piłkarskim, może nawet od czasów juniorów w Piasecznie. Zresztą sponsoruje ten klub — twierdzi Sławomir Bawarski, prezes Klubu Dziennikarzy Globtroter, dawny współpracownik, przyjaciel rodziny.

Stadion
— Wyrosłem w domu, gdzie piłka nożna była numerem 1. Ojciec był bramkarzem, ja od dziecka kopałem. Pierwsze strzelone bramki zawdzięczam jemu. Potem tę pasję zaszczepił memu synowi, a ja ją pielęgnuję — mówi Sylwester Cacek, od niedawna właściciel Widzewa.
Nie ma jeszcze ksywki wśród łódzkich kibiców, jak właściciel Cracovii prof. Janusz Filipiak („profesor”), więc może „harcerz”?

Żaden fan nie wypomina mu też, że warszawiak, że legionista. A wiadomo, widzewiak z legionistą w jednym wagonie na mecz nie dojadą. Ale chyba „łódzcy” już przełknęli, że to legionista uratuje Widzew. Wbrew zapewnieniu Zbigniewa Bońka, że na polskim futbolu nie da się zarobić. Paradoksalnie, to właśnie on namówił Cacka do zainwestowania w upadający klub z tradycjami. Bo Legię kupiło ITI.

— To nie tylko inwestycja — tym bardziej że na razie na Widzewie nie da się zarobić. A gdzie marzenia? Chcę promować młodych piłkarzy, wykształcić drugiego Bońka, Młynarczyka, stworzyć markowy klub, który będzie wygrywał w europejskich finałach. Jak trzeba, będę inwestował w to nawet i 10 lat. Ale liczę, że już po pięciu klub będzie na siebie zarabiał — tłumaczy Cacek, który już oglądał pod Strykowem tereny pod nowy stadion Widzewa.
Jest w pełnym świetle. Na stadionie, jakby w jupiterach. Afera korupcyjna Widzewa? Degradacja do II ligi? Irytacja, bo nic o tym nie wiedział. Ale i determinacja: nie skapituluję. Będzie wielki Widzew. Taki jak kiedyś. A może i potężniejszy!

Zapytajcie go, o czym będziecie rozmawiać z nim za kilka lat. Powie bez zastanowienia. O sporcie, o promowaniu talentów. O akademii piłkarskiej. O wydawaniu kilku miesięczników sportowych, nawet o biopaliwach.


 

Jacek Konikowski

Sekcje

Oferty Pulsu Biznesu