pb.pl

Roman Karkosik

Roman Karkosik

Roman Karkosik

Przedsiębiorca i inwestor giełdowy. 7. miejsce na liście najbogatszych Polaków 2013 według "Forbesa".
Data ur.: 9 maja 1951 r.
Wykształcenie: Technik mechanik o specjalności budowa maszyn i urządzeń przemysłu cukrowniczego.
Hobby: Hodowla róż. Żużlem się ponoć nie interesuje, choć firma z jego udziałem sponsoruje nie tylko klub z Torunia, ale też całą ligę.

ROZBUDUJ SWÓJ PROFIL!

Roman Karkosik

2010-10-18

Nie bywa. Nie należy. Na kreskę nie sprzedaje. Zaczyna od końca. Sprzątaczki całuje w ręce. Z rachunków — pistolet. Praca to wakacje. Cały Krzysztof. Oficjalnie: Roman Karkosik. „Pucybut”, który został milionerem.

Czerników pod Toruniem. Jedno z tych niewielkich, anonimowych miasteczek, jakich wiele mija się po drodze gdzieś tam. Zwalnia przed i dodaje gazu za, nie zwracając uwagi na nazwę.

Karkosików znają tu niemal wszyscy. Młodzi o Romanie wiedzą ze słyszenia i gazet. Starsi też go znają, choć częściej mówią o jego matce Alinie, energicznej osiemdziesięciolatce, szefującej tutejszemu klubowi seniora.

— Nasi rodzice się przyjaźnili. My też. Z Krzysztofem, bo tak do niego mówią znajomi, chodziłem do podstawówki, potem do technikum cukrowniczego. Trzymaliśmy się razem, mieszkaliśmy w tym samym internacie. Krzysztof pomagał mi, mówił jak się zachować, jak się znaleźć. Byłem od niego o rok młodszy — wspomina Krzysztof Kacprowicz, kolega szkolny Romana „Krzysztofa” Karkosika. Nasz bohater nie przesadzał z nauką. Uczył się tego, co lubił, resztę olewał. Za przedmiotami humanistycznymi nie przepadał, za to ze ścisłych był orzeł.

— Najbardziej przerąbane mieliśmy z projektami. Nauczyciel dawał projekt przekładni, trzeba było wszystko przeliczyć, narysować na papierze milimetrowym i tuszem na kalce. Podczas gdy ja ślęczałem nad nim tydzień, on trzaskał go migiem w dwa dni — wspomina Kacprowicz.

Krzysztof zadziorny nie był. Częściej używał rozumu niż pięści. Potrafił zabić śmiechem. Ale wrogów nie miał. Od zabawy nie stronił. Prędzej przed gorzałką. Dziewczyny? Szalały za nim, bo był przystojnym chłopakiem.

— W naszej paczce był mózgiem. Nauczył mnie grać w brydża i szachy. Za karty wychowawca gonił, więc zastawialiśmy drzwi łóżkami. Dobry był w brydża! – twierdzi Kacprowicz.

Uparty był i konsekwentny.

Na swoim

— W technikum panowała kindersztuba. Trzeba było mieć krótkie włosy. Krzychu miał długie i nie chciał ich ścinać, więc codziennie rano wcierał w nie żel i przylizywał się tak, że wyglądały na krótkie — mówi Kacprowicz.

Na państwowym Karkosik przepracował może pół roku. Za Gierka. Brat Kacprowicza zatrudnił go u siebie w miejscowym POM-ie. Pierwsza praca. Druga — już na swoim. W Czernikowie otworzył bar. Z piwem. Niby nic, ale ludzie dziwią się do tej pory, skąd wtedy brał piwo.

— U innych nie było, ale u Karkosika na Targowej zawsze. I dobre. Z Torunia przyjeżdżali z konwiami. Ale nigdy nie dawał na kreskę — wspomina dawny klient, teraz spod sklepu spożywczego.

— Bo jak cały samochód piwa przyjeżdżał i schodził w trzy godziny, to po co było na kreskę? – tłumaczy sam Karkosik, który sam piwa do ust nie weźmie.

Twierdzi, że za dużo w nim wody, żeby je pić. Poza tym jest gorzkie. Ale czerwonego Johnnie Walkera — i owszem.

Po piwie była oranżada. I się zaczęło.

— W rozlewni facet mówi, że jak mu przywiozę cukier i aromat, to on — jak będzie chciał — to mi wyprodukuje. Ja mu na to: proszę mnie nie denerwować, bo jak będę chciał, to w końcu sam wyprodukuję — wspomina Karkosik.

Po dwóch miesiącach otworzył rozlewnię oranżady, którą zalał cały miejscowy rynek — aż pod Toruń. Był pierwszy milion. Postawił dom naprzeciw sołtysa. Ale miał problem. Jak budował — nigdzie kabla nie mógł dostać. Takie czasy... Więc następny biznes to wytwórnia kabli. W 1989 roku, na tyłach domu w Czernikowie, stanęła mała hala. W niej przywiezione ze Szwecji maszyny. Kabla starczyło dla siebie, gdy w końcu zabrakło surowca: tworzywa i miedzi. Tych w okolicy było już tyle, co lodu w Urugwaju. Więc kolejny biznes: skup złomu metali kolorowych. Wkrótce miał już sieć w całym kraju. Skupował, przetapiał w hucie i robił drut. A gdy zorientował się ze na Zachodzie za ten sam złom płacą krocie, zaczął tam sprzedawać. Wkrótce nawet go importował: ze Wschodu, potem z Czech, Bułgarii, nawet Grecji. I na Zachód.

— To były czasy… Wszystko można było sprzedać, nic nie można było kupić. Ale dostawcy woleli mnie taniej sprzedawać niż hucie — drożej, bo ja zapłacę gotówką, a huta — nie wiadomo kiedy — dodaje Karkosik.


Bracia Romana

Jest jednym z trójki braci. Najmłodszy, Mirosław, ma firmę jubilerską. Najstarszy Ryszard (elektryk) prowadzi w Toruniu przedsiębiorstwo Elkard, specjalizujące się w instalacjach elektrycznych. Dobrze im się powodzi, nie narzekają. Widać dryg do interesów jest rodzinną cechą.

— Z naszej trójki to Roman zawsze był najbardziej pracowity. I skromny. Wyznaje zasadę „tisze jediesz, dalsze budiesz” — tłumaczy Ryszard Karkosik

Tak samo mówi. Szybkie i krótkie zdania. To też widać rodzinne.

— Jest was trzech, a każdy sobie. Czemu razem nie zrobiliście wspólnego interesu, rodzinnej firmy?

— Każdy ma ambicję większą i różne charaktery — mówi, ale widać, że temat mu jakoś nie leży.

— A zawiści nie ma, że on taki orzeł?

— Jak mu zazdrościć, skoro lubi pracować? Tylko głupi by zazdrościł!

— A jak się układa między wami?

— Każdy robi swoje, ale gdy trzeba, stajemy murem. Wszystko razem — święta, pogrzeby, wesela. Jesteśmy rodziną – mówi brat.

Karkosik twierdzi, że kontakty z braćmi są poprawne, bez dużej zażyłości.


Roman samouk

Biznes na złomie skończył się z chwilą, gdy rząd wprowadził zakaz jego importu. Tyle, że Karkosik zdążył już zarobić kilka milionów dolarów, więc nie zabolało.

Firma Karo działa do dzisiaj. Naprzeciw sołtysa. Zatrudnia 20 miejscowych, w większości niepełnosprawnych. Produkuje kable. Rynkowy rekin utrzymuje takie chuchro?

— Strat nie przynosi, więc dlaczego miałbym ją zamykać? A ludzie to co — na bruk? — oburza się biznesmen.

Sentyment. Na kablach i złomie zrobił majątek. Potroił go na butelkach. Jako pierwszy w Polsce uruchomił produkcję preform i butelek PET. A zielony był jak liść. O tworzywach wiedział tyle że są plastikowe.

— Pojechałem do Szwajcarii po maszynę. Nie miałem pojęcia, ile co kosztuje, czy 100 mln dolarów czy pięć. Oni mnie dopiero uczyli tego biznesu. I w czoło się pukali, że stawiam zakład, nie mając surowca — mówi Karkosik

Wrócił z jedną, potem dokupił drugą. Surowiec (polimer amorficzny) kupował z toruńskiej Elany. Teraz wszyscy tak robią. Spryt? A kto inny sprzedałby te maszyny Elanie o 20 mln drożej — po to, żeby dwa lata później za te same pieniądze kupić całą Elanę?

— Urząd skarbowy w Toruniu narzekał, że uciekam przed płaceniem podatków, a ja tłumaczyłem, że jedynie realizuje politykę rządu. Bo jak Rakowski zwolnił na kilka lat z podatku firmy produkujące dla budownictwa, to zacząłem produkować dla budownictwa, jak zwolnił z podatku firmy polonijne, to założyłem Unibet i Unibax - i robiłem butelki . Kiedy zwolnienia podatkowe objęły zakłady pracy chronionej, to — jak porządny obywatel - stworzyłem zakład pracy chronionej (Karo, Elana Pet) — mówi Karkosik.

Karkosik, kupując Elanę, był już właścicielem innej spółki chemicznej — giełdowego Boryszewa. To właśnie giełda stała się dla niego trampoliną do pierwszej dziesiątki najbogatszych Polaków. Gdy giełda ruszyła, to co dotychczas zarobił, zaczął inwestować w akcje. Będąc w radzie nadzorczej prywatyzowanej Śląskiej Fabryki Kabli, oswoił się z giełdą. Wpierw sporo zarobił na Banku Śląskim. Inwestował w firmy niedoceniane przez giełdę. Taki polski Warren Buffett.

— Po cichu, bez rozgłosu, skupuje akcje upatrzonej spółki a gdy przejmie nad nią kontrolę, restrukturyzuje i podkręca zyski. Ceny akcji idą w górę, więc Karkosik zarabia — tłumaczy analityk giełdowy.

Tak Karkosik ubił interes życia: Boryszew, niewielka wówczas spółka spod Sochaczewa produkująca środki do produkcji i przetwórstwa tworzyw sztucznych. Jej akcje kupował „na dołkach”. Wraz z żoną. Przez kilka lat. Kupili w sumie 4 mln akcji (za 30 mln złotych). Dziś są warte kilkaset milionów.

— Jestem ciekawski z natury. Lubię drążyć temat samemu, a nie polegać jedynie na czyjejś opinii. W interesach kieruję się intuicją. To ona podpowiedziała mi, że warto kupować akcje Boryszewa — twierdzi Karkosik. Nie wspomina jednak, że ma w małym palcu rachunkowość, prawo i podatki. Tyle że nie uczył się ich na Harvardzie, ale na giełdowym parkiecie. Taki Roman Samouk.


Do bólu

Jakim jest szefem? Błąd. Roman Karkosik nie jest szefem. Nie kieruje żadną ze swoich spółek. On je kontroluje. Ucieczka przed odpowiedzialnością?

— To najlepsze rozwiązanie, bo z takim charakterem byłbym ciężkostrawny dla kontrahentów — sam tak twierdzi.

Fakt. Kto go nie zna, mógłby się poczuć dziwnie

— Konkretny do bólu. Dla jego menedżerów to tragedia, bo każdy chciałby pokazać, jak doszedł do tego, czym chce się pochwalić, tymczasem szef mówi: dobra, zacznijmy od ostatniej strony, a wstępy - jak wyjdę. Nawet jak zaczyna rozmowę przed chwilą poznaną osobą, najchętniej pominąłby całą kurtuazję, te wstępy „o pogodzie” — i przeszedł od razu do rzeczy — mówi Karina Wściubiak, prezes Alchemii, jednej ze spółek kontrolowanych przez Karkosika (w której Karkosik jest jedynie członkiem rady nadzorczej, nawet nie przewodniczącym).

Z drugiej strony: kogo pytać, każdy mówi to samom — milkliwy, skromny, niewidzialny.

— Lubi pomagać ludziom, ale krępuje go, gdy ktoś mu za coś dziękuje, dlatego zawsze robi to anonimowo. I skromny jest. Normalny, każdego traktuje z szacunkiem. Potrafi sprzątaczkę w rękę pocałować na przywitanie — mówi Małgorzata Żarecka-Piątkowska, która pracuje z Karkosikiem od 1992 roku.


Pan na Kikole

W Kikole, niedaleko Czernikowa, też każdy zna Karkosika. Mówią nawet: „pan na Kikole”. Trudno inaczej, skoro w centrum wsi stoi jego pałac. Klasycystyczny pałacyk, w którym w 1825 roku mieszkał Fryderyk Chopin.

Jego ruiny Karkosik kupił za kilkaset tysięcy. Dzisiaj wygląda jak magnacka rezydencja, z wielkim 10-hektarowym parkiem. Tyle widać zza stylowego parkanu ogradzającego „twierdzę”, do której nikogo praktycznie nie wpuszcza. Bo na swój sposób jest odludkiem: trudno go nazwać lwem salonowym, nie bywa, nie należy (choćby do Business Center Club),

— Umówić się z nim na lunch czy kolację to sztuka. Idzie tylko wtedy, jak mu bardzo zależy albo jak ma wyjątkowo dobry humor. Woli interesy omawiać przy kawie, której pije hektolitry — mówi Karina Wściubiak.

Obcy jest mu tenis, narty czy golf.

— Praca jest najfajniejsza. Gdy pracuję, jestem szczęśliwy — kwituje Karkosik. Jego ulubiona maksyma: Za robotę się brać.

Inne pasje skrzętnie ukrywa. O tym, że jest hodowcą i prawdziwym znawcą róż (zna nawet łacińskie nazwy większości odmian) wiedzą nieliczni. O tym, że pasjonuje go filozofia i astronomia, wiedzą jedynie niektórzy z jego współpracowników.

— Czasem próbował w nas zaszczepić zainteresowanie filozofią. Cytował sentencje, opowiadał o filozofach, o co ciekawszych poglądach — wspomina Żarecka-Piątkowska.

Do niedawna jeszcze jeździł starym audi. Gdy się zepsuło, kazał kupić granatowe audi A8. Bo wygodne. Pali zielone LM, które przypala tanią zapalniczką — z logo „Boryszewa”. Bo lubi.

Kiedyś powiedział coś takiego: więcej nie zjem, lepszego samochodu nie potrzebuję, dom już mam, więc pracuję dla samej przyjemności pracowania.

Romana Karkosika o plany na przyszłość.

— Uciekać do przodu. Z nudów — odpowiada

— Już pan uciekł.

— Wszedłem na pierwszy stopień drabiny, teraz łatwo już będzie się wspinać.
Roman ogrodnik

Roman Karkosik o róźach wie wszystko. To jego pasja. Potrafi wymienić jednym tchem wszystkie odmiany w swoim ogrodzie. Ich łacińskie nazwy tez. Bezbłędnie odróźni Dame De Coeur od Mount Shasta.

Ogród w którym pracuje kilka osób raz na jakiś czas wizytuje John Brookes, brytyjski ogrodnik, który dobrze zna ogród królowej Elźbiety II.

Waćpan na Kikole

W Kikole, kilka kilometrów od rodzinnego Czernikowa, Roman Karkosik kilka lat temu kupił za 450 tys zł okazały klasycystyczny pałac Zboińskich z końca XVIII wieku z obszerną salą tzw. „Rycerską", wysokości dwóch kondygnacji, nakrytą sufitem z fasetą.

Pałac otacza wspaniały zabytkowy park o powierzchni prawie 10 ha. A dookoła masywny parkan.
„Pistolet" Karkosik

— Z Krzysztofem, bo tak na niego mówią znajomi, chodziłem do szkoły, później do technikum — wspomina Krzysztof Kacprowicz. Z matmy był pistolet, za to z humanistycznych noga. Bo i kto się przykłada do historii w Technikum Cukrowniczym? Koledzy z internatu twierdzą, że dobry był w brydża. I w szachy. Za to mikry i do bójek nieskory. Za dziewczynami się nie uganiał, raczej one za nim. I spryciarz był. Jak włosy kazali w szkole ścinać, to co rano na żel je układał. Nikt się nie poznał.

Zobacz stronę poświęconą ludziom związanym z biznesem>>>

Jacek Konikowski

Sekcje

Oferty Pulsu Biznesu