pb.pl

Paweł Olechnowicz

Paweł Olechnowicz

Paweł Olechnowicz

Prezes Zarządu oraz Dyrektor Generalny Grupy LOTOS S.A.

ROZBUDUJ SWÓJ PROFIL!

Kawałki darni

2010-02-18

Politykom się nie kłania, arię zaśpiewa i Gałczyńskiego wyrecytuje. Ten „żubr”, Paweł Olechnowicz, prezes Grupy Lotos.

Bhutan. Egzotyka, której nie każdy może doświadczyć — tak chce tamtejszy król. Ale Olechnowicz jak się uprze, to nawet rosyjskim śmigłowcem doleci na Spitsbergen.

— Początkowo wcale nie byłem przekonany, czy chcę spędzić urlop w kraju, w którym jeszcze do niedawna był jeden telewizor (naturalnie należący do króla), a „highway” to nierzadko kawałek asfaltu, wylany akurat na szerokość samochodu. Ale się nie zawiodłem — Bhutan jest kwintesencją egzotyki: wszystko inne, wszystko inaczej… Himalaje i dżungla. Trzy godziny szliśmy w górę — wąską ścieżką, na spotkanie z reinkarnowanym lamą, notabene: trzynastolatkiem. Ale medytować się nie nauczyłem. Na to trzeba lat. Nie to, co u nas: dwa lata czeladnikowania i już się chce karierę robić — gawędzi szef Lotosu.

Wraz z żoną dotarli do Bhutanu w grupie amerykańskich fotografów. I wszystko byłoby na medal, gdyby nie jeden telefon. Z Polski.

— Dopadł mnie Kurski, ale byłem tak wyluzowany, że nie bardzo się przejąłem jego absurdalnymi żądaniami — wspomina Paweł Olechnowicz.

Jacek Kurski domagał się od Olechnowicza pieniędzy na stadion Lechii, której jest wiernym kibicem. Twierdził, że prezes Lotosu ma dług „politycznej wdzięczności” — i czas go spłacić. Wdzięczności za co — tego już nie wyjaśnił. Olechnowicz też nie wie. I kwituje to na luzie: od polityki nie da się uciec nawet w Himalaje. A na Lechię może sypnąć groszem — ale bez ciśnienia.

Znikający punkt

Trudno za nim nadążyć. Jednego dnia potrafi być we Wrocławiu, w Krakowie, na spotkaniu w Warszawie. I na kolację wrócić do rodzinnego Elbląga.

— Mój rekord? Siedem startów i lądowań jednego dnia — dodaje Paweł Olechnowicz.

Po godzinach — też nie usiedzi na miejscu, zwłaszcza gdy ma pod ręką rower. Bywa, że jego syn (podobny duch) ledwo za ojcem nadąża. On ma 55 lat, syn — 30. Kiedyś wjechali bicyklami na Szyndzielnię w półtorej godziny.

— I to bez postoju. W połowie drogi syn mnie upominał: „Tata, nie przeginasz z tym tempem? Spuchniesz przed szczytem i będziemy wchodzić na piechotę”. Ja mu na to: „Wymiękasz?”. I po kilkudziesięciu minutach staliśmy już na wierzchołku. Okazało się, że wyrównałem jego rekord. Tego dnia po prostu miałem szwung — mówi Paweł Olechnowicz.

Fajny obrazek: z powrotem — prezes Olechnowicz w kasku i nakolannikach śmiga na krechę przez las na „góralu”, skacząc po korzeniach i muldach tuż obok 300-metrowego urwiska.

— Lubię ryzyko. I wyzwania — kwituje nieco banalnie prezes.

Ale coś w tym jest… Kiedyś na szkoleniu kadry zarządzającej w ABB w Elblągu wymyślił zadanie:

— Chciał wyzwolić w nas nowe pomysły i kreatywność. Narysował pustynię, na niej wieżowiec i mówi: po kilku dniach dochodzicie do niego i o czym myślicie? Jedni, by wody się napić, drudzy — pospać w cieniu… Co jeden to mądrzej. Olechnowicz słuchał i kręcił nosem. W końcu poirytowany zapytał, dlaczego nikt nie ma ochoty wejść na ostatnie piętro i zobaczyć, co jest tam dalej. I znowu tłumaczenia: a co, jeżeli windy nie ma albo że sił brakuje, albo że się zmęczę. Wtedy Olechnowicz nie wytrzymał: i to właśnie jest wasz problem — wypalił — od początku mnożycie przeszkody, zamiast po prostu spróbować. A może jest winda, a może dasz radę? Cały Olechnowicz… Lubi być na szczycie — opowiada jego dawny współpracownik w elbląskim ABB.

Dyrektor z przypadku?

Paweł Olechnowicz to typowy żubr, kresowiak z Wileńszczyzny. W 1958 roku, jako pięcioletni urwis, przyjechał z rodzicami pod Elbląg.

— Osiedliśmy na dziewięciu hektarach w poniemieckim gospodarstwie. Bida piszczała. Miejscowi często się z nas śmiali, że Wańki, że w dziurawych portkach chodzimy… Po dziesięciu latach harówki zaczęliśmy wychodzić na swoje — nie ukrywa Olechnowicz.

Szkoła. Głowa do liczb. Orzeł ze ścisłych.

— W podstawówce miałem marzenie: własny akordeon. Zakładałem tekturowy tornister na brzuch, kolega brał piórnik i maszerowaliśmy tak dwa kilometry — w tę i z powrotem, przy dźwiękach „akordeonu” i „perkusji” — oto pierwsze marzenia Pawła Olechnowicza.

Akordeon dostał starszy brat. Potem kolejne, młodzieńcze marzenia: jeździć jak Królak, wygrywać etap za etapem. I wygrać Wyścig Pokoju. I dostać w nagrodę samochód Warszawa. Kolarzówkę pożyczał od brata.

Studia. Na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Tam poznał żonę — Krystynę, góralkę z Koszarawy. Wkuwanie słupków. Papiery odlewnika. I pierwsza praca — technolog na odlewni w elbląskim Zamechu.

— Posadzili mnie przy biurku i kazali rysować technologie. Wytrzymałem trzy miesiące. Tak długo wierciłem szefowi dziurę w brzuchu, że w końcu się wkurzył i dał mi najgorszą robotę — majstra na odlewni. Był przekonany, że jak dostanę w d…, to wrócę za biurko — uśmiecha się Olechnowicz.

No i wrócił. Ale za biurko dyrektora Zamechu! Przypadkowo.

— Kilkanaście lat później mój dawny szef, później już dyrektor handlowy, namówił mnie, wtedy kierownika odlewni, bym złożył papiery w konkursie na dyrektora. Miałem być jednym z sześciu kandydatów. Pomyślałem: dlaczego nie? Nic nie stracę. Jeśli będę w pierwszej trójce, znaczy, że jestem dobry. I tylko po to wystartowałem, bo nie wierzyłem, że konkurs może być nieułożony. Egzamin wypadł nieźle. Wieczorem miałem zadzwonić do przewodniczącego komisji, by się dowiedzieć o wynik, ale machnąłem ręką. Wiedziałem: nie wypadłem blado. Ale i nie wierzyłem, że wygram — puentuje Paweł Olechnowicz.

No i stało się. „Żelazny kandydat” dostał sporo punktów mniej od niego — nikt nie miał pojęcia dlaczego. Olechnowicz przebił wszystkich. O tym, że jest szefem zakładu, dowiedział się nazajutrz rano od brygadzisty, który przywitał go: „Dzień dobry panie dyrektorze”. Olechnowicz opieprzył „żartownisia”, ale komunikat radiowęzła wszystko wyjaśnił. Godzinę później pojawił się pierwszy dziennikarz.

Tak mu się nie spieszyło do dyrektorowania, że w nowym gabinecie zjawił się po tygodniu, bo czekał na decyzję z Warszawy. Ale wziął miotłę w garść. W sześć lat tak skutecznie odmienił firmę, że gdy przeszła w ręce ABB, zagraniczni właściciele zaprosili go w nagrodę do centrali firmy w Zurychu.

— Zamech to pierwsza prywatyzacja w kraju, jeśli nie liczyć Fiata. Początkowo niewiele wiedzieliśmy o restrukturyzowaniu. Gdy opracowa- liśmy nową strukturę organizacyjną, ludzie przemieszczali się z własnymi biurkami. Kiedyś Paweł wymyślił, żeby zaprosić do dobrego hotelu naszych menedżerów — na naradę. Z rodzinami. Każdej żonie dał drobny, ale luksusowy upominek. Gdy my debatowaliśmy, dziewczyny z dzieciakami pluskały się w basenie. I tym „kupił” rodziny. Żony były „za”, więc mężowie także. Pamiętam, na spotkaniu z Wałęsą, jeden ze związkowców zapytał: „Lechu, powiedz, co robić”. A ten wypalił: „Trzymać za gardło, ale nie za mocno, bo za mocno przytrzymaliśmy w 1920 r. na Wschodzie i skutki mamy do dzisiaj”. Paweł wykorzystał to idealnie, szedł ze zmianami jak czołg, związkowcy nas nie blokowali — wspomina Mirosław Gryszka, prezes ABB, przed laty zastępca Olechnowicza w Zamechu (przemianowanym potem właśnie na ABB).

Szwajcaria. Znów gabinet — tym razem wiceprezesa ABB na Europę Środkową i Wschodnią. Z widokiem na Alpy i na stanowisko przy zarządzie.

— Byłem jedną z czterech osób odbywających specjalistyczne szkolenie dla kadry rezerwowej do zarządu koncernu. Poznałem smak dobrego wina i urok pracy w wielkiej korporacji — mówi Olechnowicz.

Wtedy znów mu się wydawało, że kolejne marzenia się ziściły. Bo cóż można chcieć więcej?

— Jeszcze jako student byłem pod wrażeniem filmu „Znikający punkt” Richarda Sarafiana. Bohater mknie autostradą świetnym samochodem przy dźwiękach country. Zazdrościłem mu. Też tak chciałem. I właśnie w Szwajcarii wreszcie mogłem się tak poczuć. Brałem samochód i jechałem przed siebie, w Alpy. Stawałem na przełęczach, chłonąłem widoki. I czułem, że jednak marzenia się spełniają — opowiada Paweł Olechnowicz.

Szwajcarii zawdzięcza coś jeszcze: mentalność rasowego biznesmena. To był czas, gdy na czele ABB stał legendarny wizjoner Percy Barnevik. Początkowo — jako menedżer ze Wschodu — Olechnowicz mocno odstawał od kolegów z Europy czy Azji. Nie ten charakter, nie te metody, nie to myślenie. U nas było prosto: albo dajemy w mordę, albo padamy w ramiona. Dlatego tamci czasem podkpiwali, że taki nieokrzesany. Ale nauczył się sztuki aliansów, działania bez emocji, odmawiania z uśmiechem, negocjowania bez gorączki. I czegoś jeszcze — jak rozmawiać z politykami, gdzie i kto ma rację i kto ją może mieć.

— Ale przede wszystkim: pokory — dodaje Paweł Olechnowicz.

Po trzech latach wrócił do kraju. Twierdzi: nie musiał, chciał. Do dzieci — syna Andrzeja i córki Agnieszki. Podjęli tę decyzję razem z żoną Krystyną. Wersja nieoficjalna:

— Paweł lubi mieć realną władzę, a nie być wysokim, ale jednak pionkiem — twierdzi jeden z naszych rozmówców.

I epizod z innej bajki: prywatyzacja kęckiej huty aluminium. Za namową kolegi ze studiów. Ale po pewnym czasie:

— Musieliśmy się rozstać. Nie potrafię być drugim — przyznaje Olechnowicz.

Przeszedł na swoje. Mówi: chciałem dojrzeć, pożyć. Jego spółka konsultingowa doradzała największym w energetyce. Rodził się pomysł bałtyckiego koncernu energetycznego. Aż pewnego dnia zadzwonił telefon. Z ministerstwa.

Lotos

Olechnowicz właśnie szusował na nartach w Zermatt, gdy Wiesław Kaczmarek zadzwonił z ofertą: „Jest Rafineria Gdańska. Interesuje cię?”. Kaczmarek znał go jeszcze z czasów Zamechu, który wizytował jako minister. Olechnowicz nie przerwał urlopu. Ale do Warszawy przyjechał. I postawił warunki: żadnych układów w radzie nadzorczej.

W marcu 2002 roku Paweł Olechnowicz został prezesem Rafinerii Gdańskiej. Firma pikowała. Była niewiele nad kreską. Właśnie trwała jej prywatyzacja. Na stole leżała oferta Rotch Energy. Jedyna. I niemal przyklepana. Cena: 275 mln dolarów.

Nowy prezes zorientował się jednak, że Brytyjczycy oferują gruszki na wierzbie. Szybko przedstawił kontrplan: zamiast sprzedaży — naprawa, restrukturyzacja i ekspansja. Szwajcarska szkoła. Olechnowiczowi udało się przekonać do pomysłu zarówno Naftę Polską, Skarb Państwa, jak i związki zawodowe. Z regionalnej firmy Rafineria Gdańska stała się graczem ogólnopolskim. Dzisiaj warta jest jakieś 2 mld dolarów.

— Olechnowicz to facet, który ma wbudowany żyroskop. Żadnych gwałtownych przechyłów. Zawodowiec — zauważa Tadeusz Jacewicz.

Fakt: wobec pomysłu przejęcia Lotosu przez Orlen, Olechnowicz nie zagotował się, nie organizował rozpaczliwych konferencji prasowych. Ot, wyliczył: teraz to się nie opłaci, może w przyszłości. I przeszło.

Twardy w sali konferencyjnej, niezbyt gadatliwy po godzinach.

— Paweł nie jest typem brata łaty. Raczej kameralny, niezbyt wylewny, acz wierny przyjaciel. Skromny i małomówny — mówi Paweł Adamowicz, prezydent Gdańska.

— Uparty. Kiedyś wybił piłkę z fairwayu tak pechowo, że potoczyła się w chaszcze za wzniesieniem. Większość graczy odpuściłaby, woląc punkt karny. On poszedł jej szukać. Po chwili zza wzniesienia poleciały w górę kawałki darni, jakby kret kopał, a z nimi — golfowa piłka. Od tej pory wołamy na Pawła „Krecik”. Na korcie — siłacz. Mocne uderzenie ma nawet wieczorem. Wygrać z nim to sztuka. Taki mocny forhend. Wybiegany, nie odpuści żadnej piłce, do każdej dobiega — mówi Edward Lipski, prezes Elektromontażu Gdańsk, partner Olechnowicza z pola golfowego i z kortu.

— Bywa uparty, nie dopuszcza obcej argumentacji. Wie swoje, choć czasami mógłby być bardziej otwarty na opinie otoczenia — zauważa Paweł Adamowicz.

— Zbyt emocjonalnie przeżywa nieracjonalne sytuacje. Anglicy nazywają to „allergic to bullshit” — alergią na głupoty — dodaje Jacewicz.

Bez umizgów

Porozmawiamy o politykach? Olechnowicz: nie. A o politycznym długu, który wspomniał Kurski?

— Nie mam długów wobec polityków. Wyniki Lotosu mnie bronią. Lubię swoją pracę, dlatego pozostaję w Lotosie. Nie dla pieniędzy, dla adrenaliny. Ta firma to wielka sprawa — mówi Olechnowicz.

Fakt, kominówka nie rozpieszcza. Prezes Lotosu zarabia mniej niż dietetyczny poseł — jakieś 11 tys. zł brutto. Więc niby kto za takie pieniądze chciałby podejmować strategiczne decyzje i żyć w ciągłym stresie?

— Początkowo sądziłem, że to kolejny prezes z nadania. Tymczasem Pawła Olechnowicza trudno skojarzyć z jakąś partią, nie wiąże się z układami politycznymi — twierdzi poseł PiS.

— Nie umizguje się do polityków. Nie ma ambicji politycznych, nie ciągnie go do politycznych gierek. Jedyną jego ambicją jest dobrze zarządzać firmą i — dopóki mu to wychodzi — nie musi bać się polityków — sądzi drugi. Z Platformy.

— Paweł ma zakodowany interes narodowy i nawet w ciasnych rozmowach z politykami, ten interes prezentuje. Jego broń to liczby i argumenty. Ma zdolność zmuszania polityków do myślenia merytorycznego, a nie w kategoriach politycznych, czyli własnego interesu. Potrafi im pokazać, że ich interes to jego sukces, czyli sukces Polski. Jeżeli on odniesie sukces, to oni będą do przodu. To rzadko w Polsce stosowana argumentacja — uznaje Jacewicz.

— Paweł jest najemnym menedżerem, apolitycznym, realizującym program ekonomiczny. Jego siłą jest to, że wie, jak wypracować zysk — dodaje Lipski.

Śpiewak

Dzwoni komórka. Olechnowicz odbiera. Chwila ciszy. Nagle, nie wiadomo dlaczego, zaczyna śpiewać do słuchawki… arię Skołuby ze „Strasznego Dworu”. Rozlega się gromkie: „Ten zegar stary gdyby świat, kuranty ciął jak z nut. Zepsuty wszakże od stu lat, nakręcać próżny trud…”.

— To dzwoni Kazimierz. On to dopiero śpiewa arię Skołuby! — tłumaczy prezes.

On jak on, ale okazuje się, że prezes ma głos nielichy. Bas jak u Ładysza. Sam Olechnowicz żachnie się: przesada, pochlebstwo.

— Ani trochę, Paweł ma świetny, czysty bas. Gdyby chciało mu się jeszcze poświęcić czas na szlifowanie głosu, z powodzeniem mógłby śpiewać arie operowe choćby u mnie w teatrze. Byłby świetnym Skołubą w „Strasznym Dworze”. O ile nie spaliłaby go trema — zapewnia Kazimierz Kowalski, dyrektor naczelny i artystyczny Teatru Wielkiego w Łodzi, znany śpiewak operowy.

Ale ideał z tego Olechnowicza…

I tak od słowa do słowa wychodzi na to, że „żubr” Olechnowicz, choć może akurat ta cecha nie bije po oczach, ma duszę artysty. Wszak w bagażniku samochodu służbowego niekiedy wozi… gitarę.

— Świetnie na niej gra (zwłaszcza ulubionego Okudżawę). Równie dobrze — na akordeonie. Spotykamy się co roku na operowo-operetkowym festiwalu w Ciechocinku. Po koncertach, w gronie artystów, przy gitarze śpiewamy: od „płonie ognisko i szumią knieje” po piosenki Czerwonych Gitar. A taniec? Widziałem w Elblągu, jak sobie radzi z rumbą, cza-czą, walcem. Myślę, że tak sobie radzi jako prezes, bo do ekonomii i biznesu potrzeba duszy wrażliwej, artystycznej — uważa — pewnie nieco naiwnie — Kazimierz Kowalski.

Olechnowicz muzykuje nie tylko w Ciechocinku czy rodzinnym Elblągu. Co roku z grupą znajomych kolęduje u proboszcza w parafii na Suchaninie.

— Przywozi gitarę. Jak on śpiewa hymn Beskidów! I wiersze. Wystarczy rzucić hasło: Pranie i Gałczyński — mówi Paweł Adamowicz.

— „Gdy wieje wiatr historii, ludziom jak pięknym ptakom rosną skrzydła, natomiast trzęsą się portki pętakom” — Paweł Olechnowicz na zawołanie recytuje fragment „Ballady o trzęsących się portkach” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Raz go przeczytał, będąc w leśniczówce Pranie. Pamięta do dziś. Bo tyle w tym zdaniu prawdy.

Jacek Konikowski

Sekcje

Oferty Pulsu Biznesu