pb.pl

Monika Nowakowska

Monika Nowakowska

Monika Nowakowska

Monika Nowakowska

prezes firmy kosmetycznej Miraculum, wcześniej dyrektor generalny w grupie Grass.
W 2012 r. zajęła 3. miejsce w rankingu 100 Kobiet Biznesu, wydanym przez "Puls Biznesu"

ROZBUDUJ SWÓJ PROFIL!

Monika Nowakowska: Człowiek od zadań specjalnych

2011-12-08

Pracuję na pełnych obrotach i nie interesuje mnie, czy wysuwam się przed orkiestrę - opowiada Monika Nowakowska, prezes Miraculum, która zajęła 3 miejsce w rankingu 100 Kobiet Biznesu.

 

Urodziłam się w biednej dzielnicy  Częstochowy — rodzice kupili dom  i nie trafili z wyborem. Miałam  wesołe dzieciństwo, bo co drugie  domostwo to była melina, a ludzie nie przejmowali się życiem za  bardzo.

Z mojej klasy tylko ja skończyłam studia.

Byliśmy z bratem  wychowywani w kulcie pracy. Rodzice dorabiali się od zera,  prowadzili mały biznes, a w tych  czasach bycie prywaciarzem nie było proste. Nie  było mnie stać na studia dzienne, więc poszłam do pracy w firmie kolporterskiej, a popołudniami studiowałam zarządzanie przedsiębiorstwem na Politechnice Częstochowskiej. Poza bankrutującą  Hutą Bieruta i branżą dewocjonaliów związaną  z Jasną Górą w Częstochowie nie było wielu  pracodawców.

Po studiach w sylwestra postanowiłam  wyjechać, rozstałam się przez to z ówczesnym  narzeczonym, a 1 marca już mieszkałam  w Warszawie. Kolporter przeniósł mnie do  stołecznego oddziału, więc pracę miałam. Kolega  z Częstochowy zaproponował wspólne wynajęcie mieszkania. Po roku został moim mężem.

Z pierwszym Kolporterem rozstałam się,  bo trafiłam na rozmowę kwalifikacyjną  w IP Klucze (Kimberly & Clark). Szefem sprzedaży  był tam Ireneusz Sudnik, teraz dyrektor  generalny w Dr Irenie Eris. Powiedział: „Monia,  mnie ktoś taki bardzo by się przydał. Ktoś, kto nie wie, że się nie da”. No i zostałam królową  papieru toaletowego na rynku mazowieckim...

Po dwóch latach największy dystrybutor chemii  i kosmetyków zaproponował mi stanowisko  dyrektora i zorganizowanie sieci sprzedaży. To był duży biznes — kilkanaście milionów złotych  obrotu miesięcznie. Zgodziłam się, bo to była  szansa na realizowanie siebie poza korporacją, gdzie człowiek jest tylko wykonawcą tego, co zleci  góra. Po kilku latach znów zadzwonił Sudnik,  że jest w firmie Hoop i ma spółki dystrybucyjne,  które przynoszą ogromne straty.

Pierwszy  raz zostałam prezesem. Miałam 30 lat. Moim  zadaniem było sprawić, żeby przynajmniej  „zapinały się na zero”. Udało mi się po roku  dużym nakładem pracy. To był ważny etap  dla mnie. Nauczyłam się, że aby realizować się zawodowo, muszę być na samej górze  organizacji.

Przyjęłam więc od gdyńskiej spółki  propozycję pomocy przy otwieraniu centrum  logistycznego w podwarszawskim Błoniu.

Kursowałam między Trójmiastem a Warszawą  i w końcu postanowiłam przenieść się do Gdyni.  Zorganizowałam sobie życie od nowa, nawet  otworzyłam własny mały biznes. Wtedy  rozjechało się moje pierwsze małżeństwo...

Kiedy poznałam obecnego męża, z bólem serca  zostawiłam Gdynię i przeniosłam się pod Łódź.  Zaczęłam wić gniazdko rodzinne. Po roku  zadzwonił prezes gdyńskiej firmy, że może  już wystarczy mi tej sielanki i chciałabym  reanimować Kolastynę. Dostałam komplet  dokumentów. Finansowy dramat było widać  gołym okiem, ale zasięgnęłam języka — wszyscy  dobrze mówili o markach i narzekali, że nie  można ich dostać. Pomyślałam, że warto  podjąć wyzwanie. Kiedy w styczniu 2010 r.  przejmowałam prowadzenie Grupy Kolastyna,  której następcą prawnym jest Miraculum, miała  78 mln zł długu i 52 komorników na kontach.

Ówczesny właściciel zaangażował w nią prawie  20 mln zł z funduszu inwestycyjnego. Fundusz  długo szukał kogoś, kto znałby się na sprzedaży,  dystrybucji, kosmetykach i potrafił działać  w ekstremalnych warunkach. Uznałam, że  mam wystarczające doświadczenie na rynku  kosmetycznym, znam dystrybutorów,  hurtowników, umiem z nimi rozmawiać.

Wiedziałam, że żaden facet nie podejmie się  ratowania firmy: za duże ryzyko popsucia  kariery, gdyby się nie udało. A ja jestem  człowiekiem od zadań specjalnych  (beznadziejnych przypadków). W biurze nie  miałam prądu ani ogrzewania.

Pierwszego dnia  zabrano mi samochód służbowy, korzystałam  z prywatnego telefonu. Banki, poza PKO BP,  zażądały natychmiastowej spłaty kredytów na  prawie 25 mln zł. Ściągały odsetki karne. Ale  udało się postawić spółkę w stan upadłości  układowej, a nie likwidacyjnej. Trzeba było  dogadać się z wierzycielami — to dostawcy,  więc musiałam ich przekonać, że warto nie  tylko poczekać na pieniądze, ale też bardziej  w nas zainwestować.

Zapewniłam, że jeśli nam  pomogą, zrobię, co mogę, by postawić firmę  na nogi. Straciliśmy rynek zbytu, klientów  sieciowych, zostali nam hurtownicy i drobni  detaliści, np. kioski Ruchu. Z koleżanką i kolegą  z zarządu namówiliśmy część wierzycieli, by  zamienili długi na akcje. Potem odzyskali dług,  sprzedając akcje na giełdzie, i pozostajemy  w dobrych stosunkach. Reszta stwierdziła, że nie  będzie nam przeszkadzać w próbie uratowania  spółki.

Stworzyłam z zespołem fantastycznych  ludzi firmę Miraculum na nowo, opierając ją na  sprzedaży cudownych polskich marek. Ludzie mi  uwierzyli i powoli idziemy do przodu.W2010 r.  Miraculum wypracowało 36 mln zł przychodów,  bez dostępu do finansowania obrotów, więc nie  mamy czego się wstydzić.

Szukam inwestora  długoterminowego, który zaangażuje się  finansowo w spółkę i pomoże w realizowaniu  strategii. Tacy zaczynają się pojawiać. Firma  działa według nowoczesnego modelu:  wymyślamy skład kosmetyków, ale powstają one  w laboratoriach podwykonawców. Wszystkie  duże fabryki, m.in. Henkel i L’Oréal, tak robią.

Szklany sufit? Wciąż uderzam w niego głową.  Biznes to świat facetów. Oni nade wszystko  cenią spokój. Burzenie struktur, przełamywanie  stereotypów postrzegają jako nadaktywność.

Lubią „serwisować” problemy, „holować”  je w nieskończoność przy lunchu czy kawie.  Ja pracuję na pełnych obrotach i nie interesuje  mnie, czy wysuwam się za bardzo przed  orkiestrę.

Kiedyś intensywnie chodziłam na  rozmowy kwalifikacyjne. Kilka razy udało mi  się pogadać z rekrutującymi mnie kobietami  prywatnie. Powiedziały, że na dziesięć  projektów w dziewięciu mają powiedziane  między wierszami, żeby nie szukać kobiety.  To nielegalne, ale prawdziwe, bez względu  na PR korporacji. To było wiele lat temu, ale  kobiet prezesów jest mało, więc chyba niewiele  się zmieniło. Kobiety nie dbają o relacje, boją  się oskarżeń o utrzymywanie kontaktów  towarzyskich w pracy.

Jesteśmy zbyt ambitne  i dumne, żeby komuś coś zawdzięczać.  A mężczyźni chętnie przy golfie, tenisie załatwiają  pracę sobie i swoim kolegom. Potem mogą się  oddać mozolnemu naprawianiu świata, wiedząc,  że mokrą robotę zrobią za nich kobiety.  Kiedyś kolega powiedział mi: „Ciebie nigdy żadna  praca nie pokocha tak, jak ty kochasz ją”.  Gdy naprawdę muszę odpocząć, jadę popływać  na desce. Lubię sporty, które dają poczucie  wolności.

Kiedy chwytam żagiel, jestem tylko ja  i przestrzeń. Podobnie na nartach w wysokich  górach. Moim żywiołem jest woda, męża  — powietrze. Uwielbiam też jeździć samochodem.  Kursuję między Łodzią, Warszawą a Krakowem.  Mam 36 lat i zdecydowanie nie nudzi mi się  w życiu. Ale może w końcu przyjdzie czas  na dziecko?

 

Notowała Karolina Guzińska

Sekcje

Oferty Pulsu Biznesu