pb.pl

Marek Jakubiak

Marek Jakubiak

Marek Jakubiak

Marek Jakubiak

Inwestor, właściciel m.in. browaru w Ciechanowie, bloger na Dyskusja.biz

ROZBUDUJ SWÓJ PROFIL!

A teraz będę pędził whisky

2012-04-30

Marek Jakubiak, właściciel m.in. browaru w Ciechanowie, ma swoją wyższą prawdę. Gdy zapowiada, że za kilka lat będzie poił niemal całą Polskę, zachodnie koncerny dostają piany.

— W moim szerokim planie zakładam, że zabraknie mi życia, żeby wszystko zrealizować. Dlatego ciągle się spieszę — deklaruje Marek Jakubiak, 53-letni właściciel m.in. browaru w Ciechanowie.

Ma co robić przez co najmniej najbliższe dwie dekady. Niegdyś chłopak z Mokotowa, później ambitny wojskowy, wreszcie uparty przedsiębiorca, od 9 lat mieszka nieopodal browaru. Widoki w przestronnym gabinecie ma do wyboru, do koloru — za oknem spiętrzona czerwień skrzynek piwa stojących na dziedzińcu. W środku włączona plazma, bo prezes wybrał jednak serial telewizyjny „Małe piwo”.

Kilkanaście kamer zamontowanych w zakamarkach browaru pozwala na bieżąco śledzić, czy „Ciechan Wyborne” się leje, czy może jednak to pracownicy chwilowo olewają robotę. A za plecami szefa dwa nieruchome obrazy: Piłsudski z Sobieskim.

Na parapecie karabin automatyczny z lat 40. Marek Jakubiak patrzy w oczy intensywniej chyba niż Marszałek i Lew Lechistanu razem wzięci. Wzrokiem podkreśla wagę chwili.

— Zawsze miałem swoją wyższą prawdę. Robię i robiłem swoje, do dziś nie przyjmuję żadnych tzw. dobrych uwag od konkurencji. Mam własny plan, który realizuję i nic mnie z tej drogi nie zawróci. Koniec kropka — oświadcza, energicznie sięgając po telefon. Zdąży jeszcze rzucić browarowym żartem, takim raczej nie do druku, zanim wybierze numer.

Telefony

— No gdzie ta beczka? — pyta, dzwoniąc do jednego z pracowników.

— Osiem kilometrów jeszcze ma, jedzie, szefie.

— Dobra, osiem kilometrów, niech będzie. Czekam. Beczka ważna jest niesłychanie. Pierwsza, próbna jedzie, bo Marek Jakubiak ma przecież swoją drogę i wyższą prawdę. A do tego wyobraźnię i pieniądze.

Szarżuje — whisky będzie robił. Za oknem obok czerwonych skrzynek przystanęła ciężarówka na niemieckich numerach. Przywiozła alembik — miedzianą maszynerię wyjętą wprost z XIX wieku do destylacji różnych alkoholi.

— Dwa tysiące butelek rocznie, wszystko najwyższej klasy i jakości — wyjaśnia Marek Jakubiak.

Ale przecież jak whisky, to tylko Szkocja, wieki tradycji i doświadczeń. Phi! Ciechanowski trunek po trzech latach leżakowania trafi na sklepowe półki i okaże się, kto miał rację.

Niektórzy zrobią puk, puk w głowę. Zwariował facet. Ale inni przypomną, że to właśnie Marek Jakubiak przez ostatnie pięć lat przeorał polski rynek piwa i wybudził gigantów ze snu o rynku raz na zawsze podzielonym.

Duże browary już nie pokazują „kuku na muniu” w odzewie na hasło Jakubiak. Dostają piany. Bo niby Jakubiakowe biznesy przy ich skali to kropla w kuflu, ale kropla drąży skałę i do tego mąci klarowny obraz.

Podburza konsumentów, zmienia mentalność rzesz piwoszy. Nagle zwykłe, jasne, gazowane i trzepiące nieco piwko za 2 zł przestało im wystarczać.

— Czy to się komuś podoba, czy nie, za pięć lat będzie nowa grupa piwna, piąta w Polsce. Moja. Do tego czasu będę miał 5-6 browarów i 36 marek piwa. Liczę, że wtedy jak magnes ściągnę pod swoje skrzydła kolejne małe browary — podkreśla przedsiębiorca.

Szuflady

Kiedy Marek Jakubiak zaczyna opowiadać o swoich horyzontach biznesowych, wydaje się, że w każdej szufladzie biurka ma papiery różnych rozpoczętych inwestycji. Podkręca wyniki przejętego nie tak dawno browaru w Lwówku Śląskim (jednego z najstarszych w Europie), kupuje nieruchomości, negocjuje zakup kilku firm z branży, organizuje budowę browaru w Darłowie (za 30 mln zł).

To, że buduje hotel i tworzy sieć pubów, to pikuś. No i jeszcze teraz wykłada ponad 1,5 mln zł na destylarnię i leżakownię whisky. Szkoci? Oni mieli swoje Waleczne Serce (Braveheart) — my mieliśmy husarię. Damy radę.

— Główkowałem, jak wykorzystać to, że moce warzelni są większe, niż browar może uwarzyć piwa. Brzeczka, półprodukt używany m.in. do produkcji piwa i whisky, się marnuje. To już się nie będzie marnować. Mamy najlepszy słód, najlepszą brzeczkę, whisky będzie wyceniana na kilkaset złotych za półlitrową butelkę. Każda będzie z certyfikatem i dokładnie opisana i podpisana. I jak tylko nam się uda, inne browary jak zwykle pójdą naszym tropem — przekonuje Marek Jakubiak.

Tak między Bogiem a prawdą, whisky to i owszem, jak pisze jej koneser Jerzy Mazgaj: „200 lat doświadczeń w produkcji tego mistycznego trunku uleczy każdy zły nastrój”, ale to także wieki udanej akcji marketingowej.

A co, jak co, ale marketing napojów z procentem to warszawski przedsiębiorca ma w małym palcu. Choć nikt chyba do końca nie wie, na czym tenże marketing polega. Wiadomo, że Jakubiak umie sam siebie w mediach pokazać i że nie otacza się murem speców od PR.

— Bardzo prawdopodobne, że byłbym w stanie każdemu sprzedać cokolwiek — przyznaje biznesmen.

Kokosy

— Pan myśli, że panu powiem. Za Chiny. Nasz marketing to nasza słodka tajemnica. — To o zyskach, marżach może choć słowo?

— W życiu, zaciupią mnie czarnym PR, że wyzysk, że na butelce piwa kokosy zbijam. Giganci polskiego rynku piw, tacy jak Żywiec, mają zyski na poziomie 10-12 proc. przychodów.

Według nieoficjalnych informacji, w przypadku browarów Marka Jakubiaka ten wskaźnik jest nawet dwukrotnie wyższy. Jak on to robi? Coś tam jednak powie.

— Budujemy markę m.in. marketingiem szeptanym, dozowaną sprzedażą. Ale całego mechanizmu nie odsłonię, pomysł jest prozaicznie prosty, choć dla niektórych trudny do odkrycia.

Najważniejsze, że mam intuicję miejsca i czasu, szybko zauważam, kiedy jestem skuteczny — tłumaczy biznesmen i nie zatrudnia tabunów speców od reklamy, mediaplanerów, konsultantów.

Większość nazw piw wymyśla sam, podobnie jak strategię ich sprzedaży. Fachowcy od marketingu przyznają, że piwne marki z Ciechanowa czy Lwówka w strategii promocyjnej poszły po bandzie.

Ich właściciel zagrał ostro, stawiając sprawy na głowie. Skoro np. Kompania Piwowarska czy Carlsberg Polska sprzedają piwo po niskich cenach, idąc w masowy produkt, dostępny w każdym zakątku kraju i reklamowany wszem i wobec, to nie zamierzał się z nimi bić. Na to nie miał ani kasy, ani ochoty.

— Ja Ciechana i inne piwa warzę także dla siebie i uważam, że skoro ja potrzebuję takiego piwa, to potrzebuje go więcej osób.

Puzzle

Ciechan z kolegami wszedł na sklepowe półki w sposób antyrynkowy. Rozkręcał się powoli od 2002 r., gdy Marek Jakubiak kupił nieczynny browar od Brau Union. Zaczęło się bez specjalnej reklamy, z ograniczoną dystrybucją i niemal dwukrotnie wyższą ceną niż masowe piwa.

Ale za to Ciechan był z klasy premium, warzony, a nie produkowany. No i był niepasteryzowany, do spożycia w ciągu ledwie 30 dni. Ewenement. Nowe piwo z miejsca podbiło serca całkiem aktywnych blogerów i serwisy internetowe zajmujące się złocistym trunkiem.

Pozostało upolować je w sklepach. Stan kontrolowanego niedoboru trwa do dziś, na forach internetowych ludzie wymieniają się adresami, gdzie akurat poszczególne napitki rzucili. I takim sposobem warzy się piwa w Ciechanowie i Lwówku coraz więcej, podkręcając maszyny na maksa.

— I co piwo wyjedzie z browaru, to pyk, jak kamień w wodę. Wypite! — cieszy się Marek Jakubiak. Giganci ruszyli za nim w pogoń, wietrząc nadzwyczajne zyski. A on nie chce się z nimi ścigać.

Bo znów antyrynek wychodzi. Mądrale z książek powtarzają „think big”? Owszem, ale nie należy brać wszystkiego dosłownie. — Ciechanów nie będzie molochem. Ma pozostać małym browarem — podkreśla jego właściciel.

Jego „think big” to układanka z małych puzzli. Bo „w jedności siła”, zgodnie z patriotycznym hasłem z etykiety mazowieckiego browaru.

Upadki

Zdjęcie rentgenowskie. To właśnie ono w latach 70. zdecydowało, że Marek Jakubiak nie jest dziś emerytowanym pilotem. Już jedną nogą był w Dęblinie, idąc w ślady ojca. Ale został na ziemi, bo chirurg się uparł, że młodzieniec ma wadę kręgosłupa.

Niedoszły pilot poszedł więc do jednostki wyszkolonej w obsłudze naziemnej samolotów. Wojskowy technik piął się po szczeblach kariery, aż po raz drugi los postanowił go uziemić.

Przełożony nie zgodził się, by służbę łączył ze studiami. Tym razem powiedział basta, zostawił wojska Jaruzelskiego. Zaczął kombinować, jak wyżywić dzieci. Byle odważnie jak husaria, ale też sprytnie jak Sobieski.

— Chciałem mieć więcej niż dwa programy w telewizorze. Zakładałem, że inni myślą podobnie. No to zacząłem budować własną sieć kablową, kupując osprzęt w ówczesnym lokalnym potentacie, firmie Porion — wspomina.

Właścicielem Porionu był Marek Czajkowski, który szybko dojrzał przedsiębiorczy błysk w oku swego imiennika. Kupił od niego biznes i zatrudnił u siebie, potem całą sieć sprzedał Aster City.

Pieniądze Czajkowski zainwestował m.in. w Browar Krotoszyn, zadłużony, ale z aspiracjami. Do rady nadzorczej a potem do zarządu oddelegował właśnie Marka Jakubiaka. Rezultat?

Browar sprzedawał coraz więcej złocistego trunku, ale... upadł, zgnieciony ciężarem starych długów. Bolesna lekcja? Owszem.

— Mając dzisiejsze doświadczenie, uratowałbym krotoszyńską firmę. Prezes browaru przekonywał mnie wtedy, że musi w nim pracować ponad setka osób, inaczej nic się nie uwarzy. Teraz wiem, że i czterdzieści spokojnie dałoby sobie radę — przekonuje.

Gardła

Za krotoszyńskich czasów poznał realia rynku tzw. małych piw, czyli niewielkich browarów. Większość z nich ma ambicje warzenia dobrego piwa, ale nie jest się w stanie przebić do gardeł klienteli, bo na drodze staje im zalew masowej produkcji i reklamy wielkich koncernów.

Wtedy też usłyszał o browarze w Ciechanowie mającym i ponad 100-letnią historię, i potencjał, ale bez szczęścia do właścicieli. Kupił go w początkach piwnej hossy w 2002 r. za 0,7 mln zł.

Teraz browar zarabia niemal 10-krotnie więcej, jego przychody w ostatnich trzech latach wzrosły o 360 procent. W tym roku Ciechanów podciągnie się o kolejne 20 procent, podczas gdy rynek tkwić będzie w stagnacji. Choć bywało i tak, że musiał wypić piwo, którego sam nie nawarzył.

— Dwukrotnie mieliśmy poważne kłopoty finansowe, gdy do zarządzania zabrali się moi ówcześni wspólnicy. Było, minęło — zaznacza Marek Jakubiak.

Riposty

Teraźniejszość to piękny i historyczny browar w Lwówku Śląskim. W ostatnich latach sparzyło się na nim kilku inwestorów.

Mieszkańcy miasteczka wieszczyli Jakubiakowi rychłe dołączenie do galerii niesław i utopienie w browarze kilku milionów złotych. Główny zainteresowany podsłuchał w sklepie przy lwóweckim rynku:

— Oni w życiu z tym browarem nie ruszą, nie dadzą rady.

— A niby dlaczego nie ruszą?

— Pracowałem tam, wiem, co mówię. Temat nie do ruszenia. A jednak ruszył, piwo rozchodzi się jak ciepłe bułeczki, daje okrągłe zyski. Wrocławskie, Lwówek, Koźlik — co kto lubi.

Do przybrowarnego muzeum walą tłumy. Pech chciał, że Marek Jakubiak spotkał ostatnio malkontenta ze sklepu.

— No i co, ruszyli, a mówił pan, że nie da rady, że nie ruszą? — zagaił z błyskiem tryumfu w oczach. Mistrz ciętej riposty nie pozostał dłużny.

— Eee tam, panie. Warzą, ale... ale długo nie pociągną. Jakubiak w nosie ma takie marudzenie. Robi podchody pod kolejne kilka browarów, bo wierzy, że da się na nich zarabiać miliony.

Za pięć lat jego grupa piwna ma mieć przychody grubo ponad 100 mln zł, przy zyskach rzędu 20 mln zł. W tym roku będzie to jakieś 50 mln zł przychodów i kilka milionów zysków. Nie ukrywa, że idzie na całość, nie zapominając, że chodzi o coś więcej niż o kasę. Dlatego rozwija nie tylko browary, ale i swoje historyczne pasje.

Szaraczki

— Jestem patriotą. Marszałek z Sobieskim wiszą u mnie wszędzie — podkreśla. Sobieski to dla niego najlepszy menedżer w historii Polski, strateg, jakich mało. Wizjoner.

Marszałek — wiadomo, a do tego kochał ciechanowskie piwo. Husaria? Nasza duma narodowa, ówcześni komandosi, elita wojskowości, wzbudzająca strach na całym świecie. O pamięć o nich od miesięcy lobbuje u Bronisława Komorowskiego. Bo przed siedzibą głowy państwa wystawiono „dwóch szaraczków z rosyjskimi karabinami”, a dumni rycerze ze skrzydłami aż się proszą.

— Na razie nic nie wskórałem, doradca prezydenta prof. Tomasz Nałęcz milczy. Ale ja się nie poddam — zapowiada.

O bitwach, królach, zbrojach, broni z dawnych wieków rozprawia ze swadą. Historię browarnictwa i browarów zgłębia, szpera po archiwach.

Okazuje się na przykład, że znany XIX-wieczny przemysłowiec Karol Machlejd, właściciel m.in. browaru w Ciechanowie, miał szkockie korzenie. A więc z tą whisky to nie taki znowu księżycowy pomysł. I o nim porozmawia dużo chętniej niż o pieniądzach.

— Nie jestem pazerny i nie lubię pazerności u innych przedsiębiorców. Nie cieszy mnie, że rośnie mi na koncie. Cieszy mnie, gdy zarabiam na czymś, co sprawia mi frajdę, co ma jakiś społeczny odzew — przekonuje.

Frajda to też zrobiona w końcu licencja pilota. Kiedy kupi helikopter, będzie latał od morza (Darłowo) po przedsionek Karkonoszy (Lwówek) i do czterech innych browarów, które wkrótce przejmie.

I dalej, hajda, z dużymi na piwo się bić. A pamiętać trzeba, że na jednej szarży się nie skończy. Pomysłów — niczym husarz kopii — ma spory zapas. Byle życia starczyło.

KAROL JEDLIŃSKI

Sekcje

Oferty Pulsu Biznesu