pb.pl

Katarzyna Rudzka- Kęsik

Katarzyna Rudzka- Kęsik

Katarzyna Rudzka- Kęsik

Prezes spółki Energa-Operator Techniczna Obsługa Odbiorców. Zajęła 8. miejsce w rankingu 100 Kobiet Biznesu, wydanym przez "Puls Biznesu"

ROZBUDUJ SWÓJ PROFIL!

Katarzyna Rudzka- Kęsik: Liczy się zespół, nie kapitan

2011-12-08

Aby osiągnąć sukces, trzeba wymagać. Przede wszystkim od siebie.

Od zawsze byłam uparta, konsekwentna i ambitna. Z domu rodzinnego wyniosłam pracowitość i otwartość na ludzi. Tato był wymagający i dzisiaj mu za to dziękuję. Po ukończeniu Uniwersytetu Gdańskiego pracowałam na stanowiskach kierowniczych lub zarządzałam firmami z sektora prywatnego.

Do Grupy Energa trafiłam w 2004 r. na stanowisko wiceprezesa jednej ze spółek zależnych. Cały czas się kształciłam: szkolenia, studia podyplomowe i w końcu MBA. Chciałam wykorzystać szansę i zaistnieć w tej typowo męskiej branży. W 2009 r. zaczęła się restrukturyzacja Grupy Energa. Celem było zbudowanie innowacyjnego w polskim sektorze energetycznym przedsiębiorstwa. Od początku włączyłam się w prace zespołów projektowych przygotowujących model biznesowy spółki, której głównym zadaniem miała być obsługa urządzeń pomiarowych u odbiorców energii. Chodziło o wprowadzenie pierwszego w Polsce zdalnego pomiaru zużycia energii. Kiedy dostałam propozycję udziału w budowie spółki Energa-Operator Techniczna Obsługa Odbiorców, poczułam, że mam swoje pięć minut. A gdy zostałam telefonicznie poinformowana, że moja spółka będzie odpowiadała za zbudowanie pierwszej w Polsce, a czwartej w Europie infrastruktury do zdalnego pomiaru, uroniłam łzę szczęścia. Udało się! Restrukturyzacja zakończy się w grudniu 2011 r. i w efekcie powstanie firma zatrudniająca około 850 osób, z czego 90 proc. to mężczyźni. Fajne uczucie i satysfakcja.

Jeszcze parę lat temu traktowano mnie jak intruza, który wtargnął na męskie pole gry, a dzisiaj jestem częścią tego zespołu. To prawda, że kobietom trudniej robić karierę w biznesie, szczególnie w sektorach zwanych potocznie męskimi (nie lubię tego określenia i mam nadzieję, że wkrótce zniknie). Ale obserwuję świat, Polskę i widzę zmiany. Jestem tego przykładem. To mężczyźni wytypowali mnie na organizatora i prezesa dużej spółki, który przeprowadzi ważną dla Grupy restrukturyzację. Takich przykładów jest w Grupie Energa więcej. Kobiety awansują na wysokie stanowiska, a mężczyźni są ich zastępcami. Łącząc predyspozycje i umiejętności obu płci, tworzy się doskonałe zespoły zarządzające. Jeżeli prezes potrafi wyzwolić w kadrze potencjał, o jaki ona się nie podejrzewa, to znaczy, że jest liderem. Staram się taka być. Zdarza się, że współpracownicy dziękują mi za ostre wymagania, ale przede wszystkim za ogromne zaufanie. Aby osiągnąć sukces, trzeba wymagać przede wszystkim od siebie. Ale dużo wymagam też od swojej kadry. Trudno mi się porozumieć z ludźmi, którzy nie lubią patrzeć w górę, nie chcą się piąć coraz wyżej, zdobywać nowych umiejętności. Mój zespół, aby wygrać, musi mieć „ciąg na bramkę”. Jeśli przez rok — wraz z zespołem — zbuduję silną, nowoczesną technologicznie spółkę i przygotuję infrastrukturę pod wprowadzenie zdalnych pomiarów energii, to powiem, że odniosłam sukces. Natomiast nie uważam za sukces tego, że jestem kobietą prezesem. Bo to tak, jakbym do końca nie wierzyła, że my, kobiety, jesteśmy w stanie być prezesami. A głęboko w to wierzę. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek uderzyła w szklany sufit. Od zawsze, dzięki mojej efektywności, cechom lidera i temu, że nie bałam się wyzwań, spotykałam się z przychylnością mężczyzn. Na boisku, kiedy się gra o zwycięstwo, nie widać kapitana, widać zespół. W mojej filozofii zarządzania stawiam właśnie na grę zespołową. A po obejrzeniu filmu „Męska gra” z Alem Pacino moją dewizą stały się słowa głównego bohatera: „Zwyciężymy jako zespół albo zginiemy jako jednostki”.

Aby jednak drużyna była najlepsza, kapitan — oprócz nieprzeciętnych wymagań — musi mieć ludzką twarz. Staram się budować szczere relacje z ludźmi, interesując się ich życiem pozazawodowym. Często taki rodzaj relacji przekłada się na jakość wspólnego działania. Cieszę się, że zmienia się światopogląd ludzi, którzy awansują i robią karierę świadomi, że siłę do rozwoju zawodowego daje rodzina. Kiedy w listopadzie 2010 r. zaproponowano mi zbudowanie nowej spółki, najpierw odbyłam uczciwą rozmowę z mężem. Chodziło o to, że na dłużej będę wyłączona z większości obowiązków domowych, i to w sytuacji, kiedy nasza córeczka Ola od września poszła do pierwszej klasy. Miałam chwile zwątpienia, czy sobie poradzę. Ale w takich momentach zawsze był przy mnie mój mąż — przyjaciel, który wyliczał mi moje małe i większe sukcesy, by wzmacniać nadkruszoną chwilowo samoocenę. Kochający, nadzwyczajnie wyrozumiały mąż i córeczka Ola okazali się skałą, dzięki której mogę realizować swoje ambicje. Moje życie pozazawodowe jest ostatnio bardzo ubogie, ale to etap przejściowy (mam nadzieję). Dłuższe chwile spędzam z rodziną, przede wszystkim z Olą, w weekendy. Jeździmy na rowerach, chodzimy do kina. Gdy się nieco ustabilizuje sytuacja w firmie, chciałabym z córeczką uczyć się tańczyć flamenco. Czas wolny z mężem to — raz w miesiącu — kolacja we włoskiej restauracji. Niekiedy, jak się uda, wypoczynek u przyjaciół w malowniczym miejscu na Pojezierzu Drawskim.

Parę lat temu wyjechałam z mężem do Toskanii i pokochałam to miejsce. Czasami żartuję, że Bóg nie pomylił się w niczym, jeśli chodzi o moje życie, poza jednym — może powinnam się urodzić gdzieś koło Montepulciano. Lubię patrzeć na hektary winnic i marzyć, że może na emeryturze tam zamieszkam. A że nie umiem nie pracować, to będę prowadzić małą trattorię i podawać makarony, które — jak twierdzi mąż — udają mi się nadzwyczajnie.

Notowała Karolina Guzińska

Sekcje

Oferty Pulsu Biznesu