pb.pl

Joanna Makowiecka

Joanna Makowiecka

Joanna Makowiecka

Wiceprezes zarządu w Polimex Mostostal.
Wcześniej członek zarządu spółki Budimex, dyrektor pionu zarządzania kadrami. Zajęła 7. miejsce w rankingu 100 Kobiet Biznesu, wydanym przez "Puls Biznesu"

ROZBUDUJ SWÓJ PROFIL!

Joanna Makowiecka: Idę naprzód

2011-12-08

Z moich doświadczeń wynika, że liczą się kompetencje, postawa i efekty. Płeć to sprawa wtórna.

Nie ma rzeczy niemożliwych. Wystarczy czegoś bardzo mocno chcieć, pracować i być konsekwentnym. Gdy czegoś chcę, nie dopuszczam do siebie wątpliwości, po prostu idę naprzód. Przeszkadza mi, jeśli ludzie nie są wystarczająco zdeterminowani. Swoich ludzi motywuję, jak potrafię najlepiej. Lubię ich, ale też lubię, gdy chcą. W Budimeksie odpowiadam za komunikację, HR i administrację.

Czy to szczyt moich ambicji?

To, co robię, sprawia mi satysfakcję, a firma dynamicznie się rozwija, być może w pewnym momencie pojawi się nowy projekt, którym się zajmę. Praca zawsze mnie lubiła, a ja chętnie podejmuję nowe wyzwania. Zaczęłam uczestniczyć w życiu zawodowym od... obserwacji kariery mamy, która pokazała mi świat korporacji i biznesu. Zaczynała pracę w głębokim PRL-u. Należy do pokolenia, które musiało przestawić się na gospodarkę rynkową, gdy było już w pełni ukształtowane zawodowo. Z mojej perspektywy to ogromne wyzwanie, zdarza się pewnie raz na kilka pokoleń. Pracowała w Wedlu, gdy przejął go koncern PepsiCo, nadzorowała produkcję w Polsce, a następnie w Rosji — zbudowała tam fabrykę Frito Lay i nią zarządzała. Duże sukcesy i ciężka praca.

Nigdy nie przestała być aktywna. Tata dla odmiany jest wzorem spokoju, opanowania i racjonalności. To krytyczne cechy potrzebne w biznesie. Skończyłam szkołę średnią w Stanach Zjednoczonych, w Karolinie Południowej. Tam zrobiłam ostatni rok liceum i IB — międzynarodową maturę. Wróciłam i po studiach (zarządzanie) w Warszawie uzupełniłam wykształcenie o dyplom MBA. Ścieżka podobna do tej, którą szła moja mama, wydała mi się dobrym planem na życie zawodowe, więc wybrałam biznes.

Pierwsza praca to były nudne raporty o działaniu maszyn drukarskich w branży opakowaniowej. Pracowałam w firmie międzynarodowej Mondi i mimo pewnej monotonii było to ciekawe doświadczenie. Wtedy jeszcze nie byłam przekonana, że interesuje mnie HR. Firma się rozwijała, więc było sporo zadań, a ludzi z dobrym angielskim jak na lekarstwo.

Moim szefem był wymagający i dość impulsywny Anglik. Czasami występowałam w roli jego tłumaczki, co było dość ciekawym doświadczeniem, zwłaszcza gdy udzielał surowych reprymend załodze. Moimi ustami rzecz jasna. Poznałam procesy produkcyjne w branży, brałam udział we wdrożeniach systemów jakościowych (ISO, HACCP). Ciekawie jak na początek. W Mondi było stanowisko menedżera HR, koleżanka, która je zajmowała, zaszła w ciążę. Mnie ta dziedzina raczej nie interesowała i może dlatego to mnie koleżanka poprosiła o zastępstwo. Z prawem pracy miałam niewiele wspólnego, ale po dwóch tygodniach wdrożenia robiłam listę płac. Zajmując się tym wszystkim już w pojedynkę, zaczęłam rozwijać tę dziedzinę, uwalniać od reżimów administracyjnych, bo HR to przecież znacznie więcej. Mój szef Węgier zaproponował, bym została, ale koleżanka wróciła po macierzyńskim, a ja planowałam działania w większej skali.

Do Japan Tabacco, producenta m.in. papierosów Camel, poszłam już na stanowisko HR menedżera. Po kilku miesiącach dostałam ofertę dyrektora HR w Unipromie, firmie z kapitałem polskim. Miałam 25 lat. Dwa zakłady produkcyjne, zatrudnienie — ponad 500 osób. Firma działała jako miks starej kultury zakładu o tradycjach powojennych z silnym akcentem specyfiki właściwej dla domorosłego biznesu. Niestety, sporo popełnionych błędów przyniosło smutny finał tej firmie. Dwa lata mojej walki i pewnie najtrudniejszych dotąd doświadczeń zawodowych. Musiałam przeprowadzać głęboką restrukturyzację, obniżać wynagrodzenia, zmierzyć się z dramatami ludzi, którzy czasem całymi rodzinami tracili środki do życia. Byłam w tej firmie do końca, pracowałam z syndykiem i mogę śmiało powiedzieć, że nic trudniejszego w karierze mnie nie spotkało.

Wtedy firma headhunterska zaproponowała mi pracę dyrektora personalnego w Telekomunikacji Polskiej. Spędziłam tam pięć lat. Firma nie wymaga przedstawienia — korporacja, której wielkość ogranicza zwrotność. Muszę powiedzieć, że wtedy robiliśmy rzeczy naprawdę ciekawe. To był ekscytujący czas, bo skala przedsięwzięć była ogromna. Ale taka firma i duże projekty oznaczają również ogrom pracy, często światło w biurze paliło się o 21. Miałam jednak wielką satysfakcję i przekonanie, że zmieniam otaczającą mnie rzeczywistość. A potem znowu ktoś zadzwonił i zaproponował mi pracę w firmie budowlanej. Poznałam zarząd, hiszpańskich właścicieli i… skusiłam się. Budimex to nowoczesna firma inżynierska realizująca nawet miliardowe kontrakty w każdym segmencie budownictwa.

Budujemy autostrady i infrastrukturę drogową, projekty użyteczności publicznej, jak oczyszczalnie, spalarnie, dworce, lotniska, ale też tak oryginalne projekty jak świątynia w Licheniu. Prowadzimy działalność deweloperską, a obecnie chcemy wejść w sektor energetyczny i zarządzania odpadami. Jesteśmy też na finiszu zakupu spółki z branży kolejowej. Częścią umowy, którą musieliśmy przygotować, jest wynegocjowany pakiet gwarancji pracowniczych. Mieliśmy na to cztery tygodnie, ale udało się i rezultat — mam nadzieję — jest satysfakcjonujący dla stron. Nie uderzyłam w szklany sufit, ale wiem, na czym polega specyfika pracy w branżach uznawanych za męskie. Konieczne są pragmatyzm i asertywność. Z moich doświadczeń wynika, że liczą się kompetencje, postawa i efekty, a płeć to sprawa wtórna. Inną ważną kwestią jest dyspozycyjność. Jeśli się ma rodzinę, to oczywiście jest to dużo trudniejsze. Można te role łączyć, ale to wymaga dobrej organizacji pracy i życia.

Uważam, że wiele kobiet ogranicza swoje możliwości kariery, poddając się stereotypom. Ja mam udane życie prywatne. Mam trójkę dzieci: prawie 5-letnie bliźnięta i 14-miesięcznego malucha. Wielozadaniowość to moja życiowa dewiza. Dzisiaj wstałam dopiero o 6, strasznie późno, byłam mojemu maluszkowi wdzięczna za te dodatkowe półtorej godziny snu... Mój partner jest w zarządzie spółki z branży telekomunikacyjnej. Oboje mamy dość wypełnioną agendę. Mamy nianię, która z nami mieszka, inaczej nie dalibyśmy rady przy naszym stylu życia. Znaleźć na wszystko czas nie jest łatwo, ale można, gdy się chce. Jutro o 21 mam próbę roli w przedstawieniu przedszkolnym (będę złą wróżką), a w tym tygodniu idziemy na kolację we dwoje. Cenię poczucie humoru. Pomaga w stresowych sytuacjach. Marzenia? Też są ważne, bo dają motywację do działania.

Notowała Karolina Guzińska

Sekcje

Oferty Pulsu Biznesu