pb.pl

Jan Kulczyk

Jan Kulczyk

Jan Kulczyk

Jan Kulczyk

Zmarły 29 lipca 2015 polski przedsiębiorca przez wiele lat uznawany za najbogatszego Polaka. Jedyny Polak na liście 50 najbardziej wpływowych osób gospodarek krajów wschodzących wg dziennika "Financial Times".
Doktor prawa biznes zaczął dzięki pomocy ojca, który przekazał mu 1 mln USD, za który w 1981 r. założył firmę handlową Interkulpol. Siedem lat później został oficjalnym dilerem Volkswagena na Polskę. Na początku lat 90. założył Kulczyk Holding – firmę inwestycyjną, która zarobiła majątek na transakcjach dotyczących m.in. Telekomunikacji Polskiej, TUiR Warta i PKN Orlen. W 2007 r. przekształcił firmę w międzynarodową grupę Kulczyk Investments, która dziś jest najbardziej globalną polską firmą, działając w sektorach energetycznym, surowcowym, nieruchomościach i infrastrukturze, jest także posiadaczem znaczącego pakietu akcji browarniczego giganta SabMiller. Współpracują z nim najwięksi inwestorzy na świecie. Aktywnie wspiera sport (sponsor PKOl), kulturę (główny donator Muzeum Historii Żydów Polskich) i organizacje pozarządowe, m.in. ekologiczny Green Cross.

ROZBUDUJ SWÓJ PROFIL!

Wiem, z kim iść przez pustynię

2011-02-11

Prawie 60-latek sprawdza się w pływaniu na obcych wodach. Nowy biznes, nowe salony. Stara arytmetyka: umiejętnie mnożyć, a potem dzielić. Obsługiwać laptop? W życiu.

Pierwszy raz spotykamy się na kilka dni przed końcem zapisów na akcje Kulczyk Oil Ventures (KOV). Jan Kulczyk zrelaksowany. Popija herbatę w odcieniu żywej czerwieni. Zerka czasem w bok, na XVI-wieczne płótno przedstawiające wnętrze Aachener Münster, katedry w Akwizgranie. Inwestor bawi się słowami i gra skojarzeniami. Chyba czuje, że oferta się sprzeda i KOV dostanie kapitał, który pozwoli spokojnie szukać ropy w Brunei.

Gdy rozmawiamy, Grecja kojarzy się jeszcze głównie z tzatzikami, wysepkami i filozofią.

Feta w szklance

Kolejne nasze spotkanie wypada już po zatwierdzeniu planu ratunkowego dla Hellady. Zanim go zaklepano, na światową finansjerę padł blady strach. Przez to połowa oferty KOV nie znalazła chętnych. Na rynku huczy, że analitycy zagranicznego banku HSBC, którzy przekonywali, że inwestorzy z Azji na hasło "ropa w Brunei" pokochają akcje polskiej spółki, grubo się pomylili. Szósty zmysł zawiódł?

— Pierwszy raz się zdarzyło, że szczęście nam nie pomogło — przyznaje Dariusz Mioduski, przyjaciel i generał w armii najbogatszego Polaka, prezes Kulczyk Investments.

Sam zainteresowany widzi drugą stronę medalu.

— Nie uważam, że szczęście mnie opuściło. Oczywiście lepiej, gdy zarząd ma więcej pieniędzy na starcie niż mniej. Ale z drugiej strony, wyszło na moje, bo będę miał prawie 50 proc. udziałów w KOV, psychiczny komfort. Przecież sygnuję ten projekt własnym nazwiskiem, więc dobrze mieć nad nim kontrolę. A nazwiska zmieniać nie zamierzam. Jestem tu inwestorem strategicznym na dobre i na złe — kwituje najbogatszy Polak.

Wieść gminna niesie jednak, że po tym, jak konstrukcja oferty kruszyła się niczym ser feta, Kulczyk pojawił się w Warszawie. Przy Kruczej 24/26 było gorąco. Cieplej niż w Brunei. Pytany o to Kulczyk cytuje: "Wierzę, ale sprawdzam". Czasem.

I podsumowuje:

— To sukces. Szklanka z logo KOV jest do połowy pełna, a nie pusta, dopełnimy resztę. Inwestorzy, którzy kupili akcje KOV, zarobią, nie dopuszczę do skazy na mojej reputacji — mówi i energicznie dopija kolorową zawartość porcelanowej filiżanki.

Szacun dla Janka

Przez ostatnie kilka lat o Janie Kulczyku mówiło się tyle co zawsze. Dużo. Ale były to głównie plotki i relacje z frontu o tym, jak to biznesmen podbija europejskie salony i ilu to nowych, wpływowych przyjaciół ma w Wielkiej Brytanii czy Szwajcarii. Sam biznesmen w Polsce bywał bardzo rzadko, równie sporadycznie pokazywał się w mediach. Come back przeżywa jakby w innej aurze. Jest jednym z liderów europejskich salonów biznesowych. Doszlifował angielski i głębiej poznał mechanizmy zachodnich rynków. No i pokazał, jak rozmawiać z ludźmi.

— Jest w tym mistrzem, poznał cały top londyńskiego City. Uwielbia z nimi być, a oni z nim. Taką ma osobowość, otwartą, szczerą, co bardzo nam ułatwia robienie biznesów. Przecież koniec końców negocjujemy z ludźmi, a nie z komputerami — podkreśla Dariusz Mioduski.

— Z tej perspektywy stał się mitem dla naszej śmietanki biznesowo-politycznej. Hen, gdzieś tam, on z miliarderami w Londynie. Pierwszy biznesmen takiego kalibru w historii Polski — uważa psycholog społeczny, znający otoczenie Jana Kulczyka, a proszący o anonimowość, podobnie jak wiele osób pytanych o biznesmena.

Dlaczego anonimowość? Ano, on ma dobrą pamięć.

— Dr Janek Kulczyk to sympatyczny, czarujący człowiek i skuteczny biznesmen. Trzymam za niego mocno kciuki — deklaruje Michał Sołowow, czyli przedstawiciel młodszego pokolenia biznesmenów.

Co biznesmen-rajdowiec sądzi o byciu salonowym lwem?

— Ja nie mam takich potrzeb. To raczej kwestia wyboru, wynikająca z potrzeb i z temperamentu. Dr Kulczyk kocha sztukę, interesuje się kulturą. Wydaje mi się, że dla niego to naturalny wybór — zauważa właściciel Cersanitu.

Ryszard Krauze, twórca Petrolinvestu, wciąż szukającego ropy w Kazachstanie, przekonuje, że europejskość Jana Kulczyka to powód do dumy dla Polaków.

— On na zachodnich salonach nie bryluje w negatywnym sensie, on tam po prostu jest za to, co osiągnął. Jako jedyny polski biznesmen ma taką pozycję i reprezentuje Polskę. Za to miejsce w elicie należy mu się, jak mówi młodzież, "szacun" — przekonuje Ryszard Krauze.

A co z mitem?

— Nie… mit to zła ścieżka myślenia, mit jest bliski mitomanii — gasi wątek Jan Kulczyk.

Kryzys w Lidze Mistrzów

Po co wyjechał z Polski? Szukał równorzędnych partnerów do gry? I znów stop:

— Nie… ja z nikim nie gram, nie ścigam się z nikim, poza sobą.

Tyle że wchodzi w ropę, czyli jednak w grę, gdzie o bramki trudniej. Każdy strzelony gol liczy się podwójnie, jeśli nie potrójnie. Dla zachodnich mediów Kulczyk to już nie "businessman". Nowa semantyka przywiała określenia typu "tycoon", "mogul", "baron". Nie gra w polskiej Ekstraklasie. Lecz w Lidze Mistrzów też się przegrywa. I to wyższe stawki.

— Wyjechałem także po to, by udowodnić sobie, że potrafię pływać po szerszych wodach. W kraju już nie miałem wyzwań. Zaatakowałem piętro wyżej. Nawet jeśli teraz znowu przyglądam się projektom w Polsce, to dzięki zagranicznej perspektywie podchodzę do nich w inny sposób — tłumaczy Jan Kulczyk.

I na poparcie tej tezy wymienia długą listę tych, których kariera zapewne nie ruszyłaby z kopyta, gdyby trwali nad Wisłą. Fragment spisu: Kościuszko, Sobieski, Skłodowska, Wokulski. Polak potrafi. Spotkanym niemieckojęzycznym kolegom z dumą promuje nową definicję zwrotu "Polnische Wirtschaft", co dawniej oznaczało gospodarkę całkowicie nieefektywną, a teraz wprost przeciwnie. To oni mu na to: kryzys. A on odbija: jaki kryzys?! W PRL to miał kryzys, nieraz i kilka razy dziennie. Przywykł.
Dzielenie w barze

Niezależnie od korzystnych wiatrów na wodach europejskich Jan Kulczyk nie zamierzał nigdy zamykać karty biznesów nad Bałtykiem. Tęskno, jak twierdzi. Jego korzeniom, a nie pieniądzom. Zmiana klimatu była jednak dobrą okazją do przeglądu kadr. Okazało się, kto w jego talii jest asem, a kto waletuje.

— Znajomych wtedy nie straciłem, a zyskałem przyjaciół. Część ludzi też po prostu odpadła, bo rozpoczęcie międzynarodowego etapu oznaczało zapotrzebowanie na osoby z superwykształceniem, doświadczeniem przy dużych przedsięwzięciach i z międzynarodowymi kontaktami. Do tego doszły i brutalne wnioski. Wiem teraz, z kim przez pustynię mogę iść, a z kim jedynie do baru — kwituje biznesmen.

Nie każdy podziela taką wizję. Na bankiecie zorganizowanym po debiucie PZU, kilku polskich multimilionerów, zaszytych przy bocznym stoliku, podśmiewało się: "Nikt ci tyle nie zapłaci, ile Kulczyk obieca".

— Zawiść i zadrość wciąż są nad Wisłą obecne — kontruje główny zainteresowany.

Podobno jego menedżerowie nie mają powodów do narzekań, bo Kulczyk wyznaje starą żydowską prawdę. Mówi ona, że w biznesie ważne są dwa dzia-łania: najpierw trzeba umiejętnie mnożyć, a potem dzielić. Efekty takiej arytmetyki to ocena Kulczyka, że ma zespół bliski ideałowi.

— Będę nieskromny i powiem, że mało kto mi odmawia. Ja zapraszam do projektów, a nie do współ- pracy ze mną. Te obszary, które chcemy zdobyć, są tak interesujące, że dla każdego faceta z najwyższej półki jest to wyzwanie — wyjaśnia najbogatszy Polak.

— Po trzech latach współpracy mogę powiedzieć, że Jan Kulczyk jest dla mnie bardziej przyjacielem niż pracodawcą. Potrafił zbudować taką relację — dodaje Dariusz Mioduski.

Nie umiem

Nie upiera się przy tym, że choć doktor, to wszystkie rozumy zjadł. Twarde algorytmy, tabele, statystyki to dla niego obczyzna. Przynajmniej tak mówi. Przecież Warren Buffett też nie jest w tym biegły. Najbogatszemu Polakowi wystarczy to "coś", cechujące czołówkę światowego biznesu, co zaobserwował dziesiątki lat temu, gdy jeszcze nosił teczkę za ojcem. Było tak: uczestniczy w negocjacjach, po drugiej stronie siedzi branżowy potentat, Aleksander Moksel, Żyd polskiego pochodzenia, robiący interesy w Niemczech. Moksel co rusz coś notuje na pudełku od zapałek. Dla dramaturgii co jakiś czas wyrywa jedną i odpala drogie cygaro. Po rozmowach doradcy liczą transakcję na prymitywnych komputerach.

— Po kilku godzinach wrócili z wynikiem, a Moksel znał go od dawna. Taki sam miał na pudełku. Ta- belki i laptopy to niewolnictwo cyferek — przeko- nuje miliarder.

— Nie zna niektórych technicznych zawiłości finansów, ale wystarczy chwila, by załapał sedno — przyznaje Dariusz Mioduski.

Laptopa miliarder nie umie obsługiwać. I wcale nie chce się nauczyć. Mejle pisze mu elegancka i mądra asystentka. Żartuje, że woli patrzeć na nią niż na bezduszny ekran.

Ale mikrofalówkę na jachcie to na pewno umie obsłużyć?

— Nie umiem. Ale znam takiego, co umie — śmieje się Jan Kulczyk.

Z technologicznych szaleństw pozostaje mu telefon bez tarczy. Czarny, z nadgryzionym jabłuszkiem.

Nice house, Lakshmi

Czy w Londynie lub w Sankt Moritz czuł się jak nuworysz? Niekoniecznie. Podszedł do sprawy bezstresowo. Rozmawiał jak równy z równym. Przypadli sobie do gustu m.in. z Lakshmim Mittalem. Bywają w swoich londyńskich posiadłościach. Mittal mieszka w rezydencji w Kensington, zwanej przez złośliwych "Taj Mahal". Zapłacił za nią niemal 130 mln dolarów. Jan Kulczyk zainwestował w nowy dom, też nie najmniejszy, ale bez efektu porażenia ornamentyką.

— Nie mam kompleksów wobec Lakshmiego. Londyn? Cudowne miasto — śmieje się biznesmen.

Przy czym nie sposób spotkać go np. na stacji metra kupującego kanapkę.

— Nie jem kanapek, odchudzam się — żartuje.

A nie ma ochoty wyrwać się ze świata luksusu i pójść w szortach do sklepu?

— Nie. W szortach mogę być na jachcie czy w górach.

Pozostaje więc limuzyna, kierowana przez człowieka, którego wykształcenie i umiejętności plasowałyby go na wysokim stanowisku w City. Jadąc do hinduskiego potentata, mija posiadłość sułtana Brunei. Tego, który zdecydował się udzielić KOV koncesji na wydobycie ropy na niemal całym terytorium kraju. Sami swoi. Luksusowi. Ten sezon to dla Jana Kulczyka nie tylko nowy biznesplan, ale też nowy dom nad Tamizą i jacht. Po staremu zostały legendarne, wystawne przyjęcia, podlane szlachetnymi trunkami. Dyrektor finansowy czasem kręci nosem.

— Żyję tak, jak lubię, ale mój biznes też na tym korzysta — odpowiada miliarder.

Dywidendę bierze. W tej grze trzeba trzymać wysokie stawki, nawet albo zwłaszcza w kryzysie. No i parkować z rozmachem. Cierpliwie i łopa-tologicznie tłumaczy:

— Gdy staję samolotem nieopodal innego samolotu, jego właściciel nie patrzy na mnie z góry. Mogę zaprosić go na kolację na moim jachcie, równie dobrą, jak jadłem ostatnio na jego łódce. To daje mi ogromny komfort, nie jestem petentem w rozmowach, lecz partnerem. To są więc części szeroko pojętej infrastruktury — wyłuszcza miliarder.

Grupowa gimnastyka

Obowiązkowy element dekoracji, gdzie nieobecni nie mają racji, to trzy dni w Monako, podczas wyścigów Formuły 1. Przeżywa sukcesy Roberta Kubicy?

— Fajnie, że on tam jest. Jesteśmy z niego dumni. Przy czym wspieramy kierowców głównie duchowo — odżegnuje się inwestor, pytany o fascynacje sportowe.

Spotkania ze śmietanką biznesową na pokładzie w czasie wyścigów nie są dla niego mordęgą. To praca i przyjemność. Da się wytrzymać nawet jet lag, syndrom częstej zmiany stref czasowych. 14-osobowy aeroplan, model Gulfstream G550, nie aspiruje jednak do bycia jego drugim domem, choć pewnie jest droższy od każdej z jego posiadłości.

— Czuję się równie dobrze we Włoszech, Polsce, Szwajcarii czy Wielkiej Brytanii. Dom jest tam, gdzie mam przyjaciół — uważa.

Wakacje ma. Albo nie ma. Zależy, jak patrzeć. Pracuje zwykle w miejscach, do których inni przyjeżdżają na odpoczynek. Aktywny relaks to żeglowanie i narty. Godzinka porannej gimnastyki to już bardziej zdrowy rozsądek. Za kilka tygodni skończy 60 lat, ale nie zamierza zwalniać.

Marzy o bezludnej wyspie?

— Niech mnie pan nie straszy. Jestem towarzyskie zwierzę.

— Pełne energii całą dobę — dorzuca Dariusz Mioduski.

A do tego polityczno-społeczne. Po sprawie Orlenu, gdzie nagłośniono jego rolę, na pytania natury politycznej odpowiadał z uśmiechem dziennikarzom:

— Nie znam się na polityce.

Szkoła wątpienia

Najlepiej znałby się na takiej polityce, w której politycy nie mieszają się do biznesu. Państwo nie powinno mieć udziałów w spółkach, lecz zajmować się jedynie regulowaniem rynków.

— Dobrze, że minister Grad prywatyzuje. Ale powinien uważać, żeby spółek, które zamierza prywatyzować, nie przekształcać w jeszcze bardziej państwowe albo nie sprzedawać ich podmiotom kontrolowanym przez inne kraje — zastrzega miliarder.

Czyli teraz Telekomunikacja Polska nie trafiłaby w ręce France Telecom?

— No właśnie, wiem co mówię. Dlatego wyszedłem z TP.

Miliarder apeluje też o silniejszy i zjednoczony samorząd gospodarczy. No i o zdrowy rozsądek. Skoro politycy mają czas na spotkania z pielęgniarką czy kolejarzem, to niech nie unikają przedsiębiorcy. Zwłaszcza w czasie zawirowań gospodarczych.

— Trzeba leczyć pacjenta z udziałem pacjenta — zaznacza.

Tymczasem doktor weźmie się za leczenie globu. Na zielono. Inwestuje, owszem, w energetykę tradycyjną, ale jeśli elektrownie na węgiel, to spełniające najsurowsze ekonormy. A co na nich zarobi i co będzie miał ze sprzedaży ropy, chce inwestować w zieleńsze odmiany energii. Buduje wokół takiej koncepcji wpływowe zaplecze. Z kimkolwiek się spotka, zawsze znajdzie okazję do opowiedzenia lub zaproszenia do Międzynarodowego Zielonego Krzyża, któremu szefuje. Stąd często gości w Szwajcarii. Choć do biura bicyklem nie zajeżdża.

— To byłoby nieskuteczne. Taka manifestacja obniżyłaby tylko moją wiarygodność, wzięliby mnie za wariata. Trzeba inaczej. Stworzyć modele ekonomiczne, w których społeczeństwu będzie się opłacało kupować np. samochody elektryczne. I w ten sposób ich przekonywać — uważa biznesmen.

To melodia przyszłości, wpierw czarna maź musi wpaść w baryłki. Michał Sołowow:

— Nie zainwestowałem w KOV, ale to nic nie znaczy. Mam nadzieję, że ropa tryśnie dla Janka i pozostałych akcjonariuszy.

Ryszard Krauze:

— Życzę mu sukcesów w Brunei. Za dużym ryzykiem w działalności wydobywczej stoi gigantyczny potencjał i zyski w razie znalezienia ropy.

Główny zainteresowany wątpliwości miewa i miewać będzie. Nie tylko w tej kwestii. Wychodzi stara poznańska szkoła filozoficzna: "Myślę, wątpię, więc jestem". Ma tylko jedną wadę:

— Gdybym nie wątpił, na światowej liście "Forbesa" pewnie byłbym pierwszy.

 

12 rund z niedoszłym dyrektorem opery, czyli Jan Kulczyk na sparingu

1. Najcenniejsza rzecz, jaką posiada? Szacunek ludzi, na których mi najbardziej zależy.

2. Życiowe motto? Sięgaj, gdzie wzrok nie sięga.

3. Ulubione zajęcie? Podyskutować o tym, co mnie trapi, we właściwym gronie. Niekoniecznie przyjaciół, czasem potrzeba sparingpartnerów.

4. Wady i zalety? Wada dla niektórych, dla mnie zaleta — jestem uparty, dociekam do końca, nigdy nie rezygnuję.

5. Nadużywane słowa? Nie przeklinam.

6. Niespełnione marzenie? Spełnione to już nie są marzenia, skoro niespełnione, to znaczy, że niepotrzebnie były marzeniami w swoim czasie.

7. Jaki dar dostał od Boga? Wiem, kiedy wstać i wyjść. Tak było nie tylko z Wartą i Orlenem.

8. A jaki naturalny dar chciałby posiadać? Gra na fortepianie. Do tego być dyrektorem Opery Narodowej, ale ciągle ktoś mnie wygryza.

9. Kim chciałby być, gdyby nie był tym, kim jest? Chciałbym być tym, kim jestem, zawsze chciałem rzeźbić w przestrzeni i w czasie, być architektem.

10. Jakiej inwestycji by nie powtórzył? Wszystko jest potrzebne, by wyciągnąć właściwe wnioski, czasem porażki są potrzebne bardziej niż zwycięstwa. Piłsudski mówił: "Największą klęską jest niewyciąganie wniosków ze zwycięstw".

11. Na jaką ekstrawagancję by sobie nie pozwolił? Moja wyobraźnia nie zna granic.

12. Jak okazja, to...? Nie trzeba kupować. Jak dziś jest okazja, to jutro będzie taniej.

Zobacz stronę poświęconą ludziom związanym z biznesem>>>

Karol Jedliński, Tomasz Siemieniec

Sekcje

Oferty Pulsu Biznesu