pb.pl

« powrót: Dariusz Wojdyga

Elektronik z meliorantem

Skąd się Panowie wzięli w wielkim biznesie? Z gier, proszę pana, z gier.

Nie z ruletki. To gry telewizyjne Pegasus — na początku lat 90. szły w Polsce jak woda — przyniosły Dariuszowi Wojdydze i Markowi Jutkiewiczowi kolosalne podówczas pieniądze. Taki potok dochodów pozwolił im zainicjować swoją grę z Hoopem, którego szybko wywindowali do roli potentata na polskim rynku napojów bezalkoholowych.

Po spodnie

Po studiach obaj zostali kapitalistami czy — jak się wtedy mówiło — prywaciarzami albo handlarzami. Zajmowali się m.in. importem odzieży z Tajlandii, Tajwanu czy Hongkongu.

— W czasie entego wyjazdu po spodnie zetknąłem się z grami telewizyjnymi. Tydzień nie wychodziłem z hotelu, grając prawie bez przerwy! Pomyślałem: dobry biznes. Zmienić branżę! Natychmiast! Wróciłem do kraju — i od razu rozejrzałem się za partnerem. Wybrałem się do Darka. I co? Zamówił już pierwszy kontener z grami, który właśnie płynął statkiem do Polski. Tak się zaczęło... To Darek wymyślił nazwę Pegasus — wspomina Marek Jutkiewicz.

Importem gier i ich sprzedażą zajęła się spółka o dumnej, charakterystycznej dla czasu gwałtownych zmian ustrojowych, nazwie Bobmark International (BI). W czerwcu 1991 r. założyli ją Dariusz Wojdyga, Jerzy Sulich, Jacek Bober i Duńczyk (oszczędności na podatkach) Peter Horlyck. Kapitał założycielski firmy sięgnął ponad 2,3 mld starych złotych (230 tys. nowych złotych). Wkrótce prezesem został Marek Jutkiewicz.

Tajwańskie gry telewizyjne to było eldorado. Już w 1992 r. Bobmark International przyniósł zysk netto: 30 mld starych złotych (3 mln nowych złotych). W 1993 roku, najlepszym dla spółki, firma zarobiła na czysto kosmiczną — jak na owe czasy — kwotę: 62 mld zł (6,2 mln nowych złotych)! Pegasusa wszędzie było pełno — m.in. dzięki gęsto emitowanym w telewizji spotom reklamowym.

— Nasz pierwszy większy biznes z elementami produkcji, marketingu, sprzedaży... To, co się wówczas nauczyliśmy, rozwinęliśmy potem w Hoopie — przypomina Dariusz Wojdyga.

A pora była najwyższa, bo strumień banknotów z roku na rok wysychał. Pojawiły się podróbki Pegasusów, mocnym konkurentem stały się gry Sony oraz — zyskujące na popularności — komputery. W 1995 r. spółka dała jeszcze niewielki zysk, ale następny rok przyniósł już straty. BI podpisał umowę z Segą, zostając oficjalnym przedstawicielem na Polskę tego japońskiego producenta gier. Płonne nadzieje. Lata 1996-99 to dla BI czas strat i ograniczania skali działalności.

„Zmienić branżę! Natychmiast!” — znów pewnie myślał Marek Jutkiewicz.

Trochę zwłoki

Przyszła pora na kopa dla Hoopa. Kopa w górę.

Lipiec 2003 r. Mija dziesięć lat od wystawienia przez Hoopa, producenta napojów i wody mineralnej, pierwszej faktury. To czas — planowanego od dłuższego czasu — debiutu akcji spółki na GPW. Feta? Nie, problemy.

W przeddzień zapisów na akcje firmy, w internecie ukazuje się bardzo nieprzychylny dla firmy raport Jarosława Supłacza — jak sam się określa: „niezależnego analityka”. Analiza zarzuca właścicielom przedsiębiorstwa zamiar wyprowadzenia z niego pieniędzy, a spółce to, że stoi na skraju bankructwa.

Po zamieszaniu władze Hoopa odkładają wejście na giełdę o dwa tygodnie.

— Było nerwowo?

— Było. Pierwszy raz w historii polskiej giełdy ktoś uciekł się w czarnym PR do takich posunięć, o jakich nikt dotychczas nawet nie pomyślał. Trudno było przewidzieć... Nie odpuścimy: sprawa jest w sądzie. Ze spokojem czekamy na werdykt — mówi Dariusz Wojdyga, prezes Hoopa, a Marek Jutkiewicz, wiceprezes, mu przytakuje. Prezes i wiceprezes — jednocześnie najwięksi akcjonariusze spółki.

Na podatki — Holender

O wprowadzeniu spółki na warszawski parkiet myśleli co najmniej od 1996 r. Wtedy to w Hoopie pojawił się Marek Jutkiewicz, który interesował się rynkiem kapitałowym i od jakiegoś czasu aktywnie grał na GPW.

— Per saldo udało się coś zarobić — mówi.

Początki Hoopa sięgają wakacji 1993 r. Wtedy doszło do fuzji spółek, które od jakiegoś czasu próbowały zajmować się produkcją napojów: Hoop International (HI) i Saft. Udziałowcami HI byli: znajomy Wojdygi i Jutkiewicza Jerzy Sulich (750 udziałów, wartych prawie 1,7 mld starych złotych) i Holender Mario van der Velden (miał pozostałe 250 udziałów o wartości prawie 560 mln starych złotych). Do tej firmy wniesiono majątek innej: Saftu, własności Dariusza Wojdygi. Ten za aport dostał w nowo powstałej firmie 850 udziałów, wartych ponad 1,9 mld zł.

Nowi wspólnicy zdecydowali też o podwyższeniu kapitału o 150 udziałów: objął je Holender van der Velden. Manewr — zgodnie z ówczesnymi przepisami o spółkach joint venture, w których podmiot zagraniczny miał co najmniej 20 proc. udziałów — skutkował przez trzy lata zwolnieniami z podatku dochodowego. Po podwyższeniu kapitału Holender miał dokładnie tyle udziałów, ile potrzeba. Ale nie był figurantem: to on sprowadził do Polski pierwsze preformy do butelek, on też z sukcesem zakrzątnął się, by zapewnić finansowanie zakupu pierwszej w historii spółki linii produkcyjnej.

— Taki czas: obserwowało się, czego brakuje na rynku i wchodziło w ten biznes. Przeczytałem wtedy w „Gazecie Bankowej”, że na Węgrzech, dużo mniejszym od Polski kraju, jest 3 razy więcej linii rozlewniczych do napojów. I pomysł sam się nasunął... — tłumaczy Jerzy Sulich, pierwszy prezes Hoopa.

Już w 1994 r., drugim roku działalności, firma osiągnęła świetne wyniki: przychody — 291,4 mld starych zł i zysk — ponad 27 mld zł (2,7 mln nowych złotych). Ale pod koniec tego roku — dla postronnych ni z tego, ni z owego — straciła płynność finansową!

— W sezonie zajmowaliśmy się głównie eksportem naszych napojów do Rosji, gdzie był bardzo chłonny rynek, zaniedbując trochę sprzedaż w kraju. Po sezonie trzeba było znaleźć nabywców w Polsce — i pojawił się kłopot... Dlatego od 1995 r. planowo i świadomie zaczęliśmy rozwijać sprzedaż krajową — wyjaśnia Dariusz Wojdyga.

To on w 1995 r. zastąpił Jerzego Sulicha na fotelu prezesa Hoopa. Rok później Sulich odszedł z firmy, sprzedając udziały Markowi Jutkiewiczowi.

— Żadnych sensacji... Pożegnałem się z Hoopem, bo byłem zmęczony biznesem. Chciałem odpocząć. Do dziś spotykam się z Markiem i — moim sąsiadem — Darkiem. Także po latach mogę się o nich wypowiadać tylko dobrze — deklaruje Jerzy Sulich.

Podstawy naukowe

Odszedł nie tylko on. Udziały sprzedał i van der Velden: minęły trzy lata, w których firma, dzięki jego obecności wśród udziałowców, zwolniona była z podatku dochodowego. Fajnie tych podatków — pozostając w zgodzie z prawem — płacić jak najmniej... Posiadacze Hoopa wymyślili zatem, że spółka trwale zmniejszy swe obciążenia w inny sposób: od 1995 r. przekształciła się w zakład pracy chronionej.

Po odejściu Holendra, od początku 1997 r. struktura właścicielska Hoopa się wykrystalizowała. Dariusz Wojdyga miał 60 proc., a Marek Jutkiewicz — 40 proc. udziałów.

Jutkiewicz zna się z Dariuszem Wojdygą od początku lat 80. Mają wspólnego kolegę — Andrzeja Zakrzewskiego (niegdyś współwłaściciela wytwórni wody Evita), który z Jutkiewiczem chodził do podstawówki, a z Wojdygą — na studia.

— Razem z Darkiem studiował też mój brat — na warszawskiej SGGW. Meliorację — w myśl hasła: „Jak nie masz wyjścia z sytuacji, przyjdź do melioracji” — śmieje się Marek Jutkiewicz.

— Ucieczka przed wojskiem?

— Na pewno w jakimś stopniu, ale przede wszystkim pęd do wiedzy — zapewnia z lekkim uśmiechem Dariusz Wojdyga.

I zaraz dorzuca, że nauka nie poszła na marne.

— Znajomość hydrologii czy hydrogeologii bardzo mi się w Hoopie przydaje — poświadcza.

— A Pana studia?

— Elektronika na wydziale automatyki Politechniki Warszawskiej. I też tę wiedzę wykorzystuję w Hoopie. Przy urządzeniach na liniach rozlewniczych są sterowniki, które sam projektowałem — chwali się wiceprezes.

— No i widzi pan, że do tego biznesu mamy wyjątkowe podstawy naukowe — podsumowuje z humorem prezes Wojdyga.

Od Coca-Coli

W roku 1996 Hoop podpisał dwuletni kontrakt z Coca-Colą. Zaczął produkować napoje na potrzeby amerykańskiego koncernu, którego polskie moce produkcyjne nie nadążały wtedy za popytem na jego napoje. Polska spółka dostała pieniądze na rozwój. Pożyteczne. Ale najatrakcyjniejszy dla Polaków efekt tego kontraktu to był transfer know-how.

— Specjaliści z Coca-Coli przeprowadzali u nas audyt. Obejrzeli zakład — i zapytali, czy linia rozlewnicza ma CiP... Nasz przedstawiciel ze spokojem potwierdził, że — oczywiście — ma. A potem dzwonił do Włoch i się pytał, co to takiego ten CiP i czy można to u nas założyć... Okazało się, że to wielostopniowy proces czyszczenia linii w miejscu jej pracy. Przed realizacją kontraktu udało się wprowadzić niezbędne procedury — wspomina Dariusz Wojdyga.

— Słychać, że Amerykanie wyhodowali sobie żmiję na własnej dłoni...

— No nie... Z nowym zarządem się jeszcze, co prawda, nie widzieliśmy, ale do niedawna był zwyczaj systematycznych spotkań dwa razy w roku — naprawdę w bardzo dobrej atmosferze. Jedziemy na jednym wózku. Proszę to traktować serio — najbardziej liczy się dobro całej branży. Nie z altruizmu: wtedy każdy skorzysta — przekonuje szef Hoopa.

W 1998 roku spółka zyskała drugi, po umowie z Coca-Colą, „dopalacz” kapitałowy. Wojdyga i Jutkiewicz podwyższyli kapitał spółki, dopuszczając do biznesu dwa fundusze zarządzane przez Famco (firmę należącą do BRE Banku i szwajcarskiego banku inwestycyjnego Pictet & Cie). Za 29 proc. akcji zapłaciły one 20 mln zł. Sporo, jeśli uwzględnić, że w momencie przekształcania firmy ze spółki z o.o. w akcyjną (październik 1997 r.) jej aktywa wynosiły 28,4 mln zł.

Zdobyte środki Hoop przeznaczył m.in. na zakup rozlewni wód od Browarów Tyskich (ponad 5 mln zł) i rozrost macierzystego zakładu w Bielsku Podlaskim. Efekt? Już w 1998 r. sprzedaż przewyższyła milion hektolitrów. Pieniądze pracowały tak dobrze, że spółkę i jej głównych właścicieli po kilku latach było stać na odkupienie udziałów od funduszy, we wrześniu 2002 r. I znów jedynymi właścicielami zostali Wojdyga i Jutkiewicz.

Zaklinanie pogody

Dużą część pieniędzy od funduszy BRE i Pictet & Cie, a także z kontraktu z Coca-Colą duet Wojdyga i Jutkiewicz przeznaczał na marketing. Mądra tradycja. Już przy okazji kręcenia reklamy gier Pegasus stworzono spoty, reklamujące napoje Hoopa. Mało kto dziś pamięta, że w jednej z pierwszych reklam spółki wystąpił Cezary Pazura, wtedy już popularny aktor, ale nie gwiazdor.

— Hoop wypromował Pazurę?

— No nie... Trochę tylko rękę przyłożyliśmy — żartuje prezes Wojdyga.

Jak mówi dziś Marek Jutkiewicz: „marketingowe kierunki wyznaczał Darek, a ja pilnowałem, by te pomysły nie były zbyt kosztowne”.

Chyba najbardziej markę Hoopa w świadomości Polaków wyrył spocik — komunikujący na ekranie o sponsorowaniu prognozy pogody po głównym wydaniu „Wiadomości” w publicznej Jedynce.

— Pół roku negocjacji... Ale zbiliśmy cenę. Zapłaciliśmy wtedy (w 1996 r. — przyp. aut.) znacznie, znacznie mniej, niż ten czas reklamowy kosztuje teraz. Wyjątkowo dobry „deal” — wspomina z satysfakcją Marek Jutkiewicz.

— No i chcieliśmy „zaczarować” pogodę, by mnożyć sprzedaż. Chyba się udało. Klimat cały czas się ociepla, a gdy jest gorąco, spożycie napojów rośnie — dopowiada Dariusz Wojdyga.

Hoop fundował nagrody w konkursach audiotele i teleturniejach — jak: „Idź na całość”, „Rosyjska ruletka” (oba w Polsacie), „Jaka to melodia?” (TVP) czy „Big Brother Bitwa” (TVN).

W 2002 r. produkty firmy promował agent specjalny (naśladujący Jamesa Bonda) i Spider-Man (prawa do wykorzystania jego wizerunku Hoop wykupił od wytwórni Warner Bros).

Różnorodnie. Skutecznie.

Eddy droższy od Cindy

— Chcieliśmy zaangażować jakąś powszechnie znaną twarz w promocję Hoop Coli. Idealnym kandydatem byłby dla mnie Eddy Murphy, znany z roli gliniarza z Beverly Hills. Ale jego cena okazała się za wysoka — przypomina Marek Jutkiewicz.

— I wtedy dostaliśmy listę nazwisk gwiazd, które ewentualnie można zatrudnić. Wybór padł na Cindy Crawford. Od razu skojarzyła mi się z Arctikiem — dodaje Dariusz Wojdyga.

Tę wodę Hoop zaczął produkować w 2000 r. Słynna top modelka wychwala ją w stacjach telewizyjnych w Polsce i w Rosji.

Według nieoficjalnych informacji, gaża Crawford sięgnęła 2 mln zł. Właściciele Hoopa nie chcą potwierdzić, że aż tyle. Przekonują tylko, że się opłacało.

Poza klasyczną reklamą w promocji Hoopa dużą rolę odgrywał (i odgrywa) sponsoring sportowy. Zaczęło się od Krzysztofa Hołowczyca i Leszka Kuzaja, których samochody rajdowe oklejono reklamami Hoopa. Z kiesy firmy skorzystali też koszykarze z Pruszkowa (zespół grał jako Hoop–Pekaes i Hoop–Blachy Pruszyński) i piłkarze z Warszawy (klub występował pod nazwą Hoop–Polonia). Skorzystali z sukcesem, który zaowocował tytułami mistrza Polski.

Przy wyborze dyscyplin sportowych, na które spółka przeznacza pieniądze, spore znaczenie mają zainteresowania jej właścicieli.

Konikiem Dariusza Wojdygi jest przede wszystkim tenis. Hoop sponsoruje jeden z największych polskich turniejów tenisowych J&S; Cup i najzdolniejszą tenisistkę młodego pokolenia — Martę Domachowską. Marek Jutkiewicz to zapalony żeglarz — no i po polskich wodach pływają łódki z Hoopem w nazwie. Wedle nieoficjalnych wiadomości firma poważnie rozważa zaangażowanie w polską, zawodową grupę kolarską (do tej pory ściga się jako CCC Polsat). Ale brak jeszcze konkretów.

Na Moskwę!

Dokładnie są za to sprecyzowane plany strategii firmy na najbliższe lata. Kapitał z emisji akcji (niemal 60 mln zł) posłuży zakupowi połowy udziałów w Megapaku — rozlewni napojów spod Moskwy. Od czerwca 2002 r. Hoop pozostaje właścicielem połowy udziałów w Domu Handlowym Megapak (spółce zależnej Megapaku, zajmującej się dystrybucją napojów).

Przygoda Hoopa z Rosją trwa właściwie od zarania firmy.

— Do Rosji nie idziemy, ale wracamy. Pamiętam nawet badania rynku moskiewskiego z 1995 roku: napoje Hoopa były na drugim miejscu po 7Up (marka Pepsi — przyp. aut.). Niechby i teraz było tak samo — mówi Marek Jutkiewicz.

Według analityków, zakup połowy udziałów w Megapaku pomógłby w poprawie wyceny Hoopa na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Od debiutu akcje firmy raczej spadają, niż rosną. Obecna wycena spółki to prawie 250 mln zł. Dariusz Wojdyga i Marek Jutkiewicz, zaklinając trochę rzeczywistość, twierdzą, że Hoop wart jest co najmniej 100 mln USD (ponad 400 mln zł).

Rynek, na razie, nie podziela ich przekonania.

Dawid Tokarz

Sekcje

Oferty Pulsu Biznesu